Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

07 lutego 2021

Nowa Zelandia - kamperem czy samochodem?

W poprzednich postach pisałem trochę o metodach podróżowania po Nowej Zelandii. Sugerowałem także, że jeśli chcecie być niezależni to musicie zdecydować się na własny środek transportu, a te najbardziej popularne to wynajęty samochód lub kamper. Decyzja nie jest łatwa. Postaram się tutaj wyliczyć jak najwięcej wad i zalet każdej opcji.


Jeżeli stać Was na przylot tutaj, pobyt w pięciogwiazdkowych hotelach i latanie helikopterami na różne atrakcje to pewnie nie musicie czytać dalej. Skupię się tutaj na tych, którzy jednak z kasą trochę się liczą.

Zacznijmy od terminu przyjazdu. Najgorsze dwa możliwe terminy to okres od Bożego Narodzenia do końca stycznia oraz okolice Wielkanocy. Pierwszy to środek lata i wakacji szkolnych, a więc korki na drogach, najdroższe ceny i tłok jak również najdroższe bilety lotnicze. Okres Wielkanocy jest już lepszy, ale też jest to czterodniowy weekend, który często ludzie bez dzieci w szkole przerabiają na dwutygodniowy urlop - a więc jak wyżej. 

Najlepszym terminem na NZ jest okres od połowy listopada do Świąt lub luty, marzec i kwiecień starając się ominąć Wielkanoc, choć niekoniecznie. To jest okres najcieplejszy, dni są długie, owoce i jarzyny najtańsze, w lutym i marcu nawet da się wykąpać w morzu, bo woda wtedy znośna (21 C). Poza tym okresem niestety temperatury raczej bałtyckie (16-19 C). Dobre dla fok i pingwinów. 


Oczywiście reszta roku też jest OK, ale pamiętajcie: polskie lato to tutejsza zima. Niby śnieg zdarza się bardzo rzadko i raczej w górach, ale trzeba się ubrać tak jak na polski październik lub kwiecień. Dni są krótkie, ale i tak jest pięknie. 

Tak więc w terminach poza szczytem sezonu ceny najpopularniejszych noclegów kształtują się następująco:

  • 2 osobowy pokój z łazienką i kuchenką w przeciętnym motelu - NZ$100-180
  • 2 osobowy pokój z łazienką w hotelu 3 gwiazdkowym - NZ$160- 250
  • Domek kampingowy na kampingu raczej ze wspólną łazienką - NZ$70- 120
  • Backpackers hostel - NZ$ 30-80 
No oczywiście do tego dochodzą jeszcze AirB&B i inne tego typu prywatne wynajmy, które w sumie cenowo wiele się nie różnią, no chyba, że jedzie się dużą grupą i wynajmuje całe domy to wtedy stosunek ceny do komfortu jest najlepszy. Jeśli idziecie tą drogą to polecam nie bookować tych tańszych, bo zdjęcia są zwodnicze, a jakość bywa bardzo różna. Chętnie coś podpowiem, jak zapytacie.



Z tymi cenami noclegów w głowie popatrzmy teraz na ceny samochodów i kamperów. Dla obu rozrzut cen i jakości jest spory. Zaczynając od światowych koncernów takich jak Hertz, Avis, Europcar a kończąc na firmach specjalizujących się w wynajmie starych gratów za mniejsze pieniądze. Zacznijmy od zwykłych samochodów, takich do których wrzuca się walizki i jedzie od noclegowiska do noclegowiska. 

W zależności od wielkości samochodu dzienne stawki w tanich firmach (wynajmujących samochody w wieku 6 lat+ są od NZ$16 do NZ$80. Zwykła Toyota Corolla to ok NZ$21 a najwyższa stawka jest za 10 osobowy mikrobus typu HiAce.

W normalnych firmach wynajmujących "młode" samochody to odpowiednio ze 30-40% drożej. 

Teraz przejdźmy do kamperów. Tutaj jest jeszcze większy rozrzut. Tańsze firmy mają sporo mini-kamperów, czyli minibusów jak Toyota Estima czy Kia Carnival zaadaptowanych do spania i drobnego pichcenia. Dzienne stawki zaczynają się w okolicach NZ$45. Minimalnie większe, ale wyposażone w chemiczną toaletę są w ok NZ$55. 

Tutaj uwaga: każdy kamper, który posiada zbiornik wody, zbiornik ścieków, kuchenkę i chemiczną toaletę dostaje tutaj certyfikat "Self contained" i tylko takie mają wstęp na różne miejsca, gdzie dozwolony jest tzwn "freedom camping" czyli kempingowanie na dziko (a w zasadzie to nie na dziko tylko za darmo). Więcej o tym za chwilę, ale jeśli wynajmiecie kampera, który nie jest "self contained" to owszem możecie się w nim przespać gdzieś cichcem, ale w zasadzie robicie to nielegalnie, jeśli jesteście poza płatnym kampingiem. A więc jeśli chcecie tanio to minimum jest kamper z certyfikatem "self contained". O, takim znaczkiem przylepionym z tyłu. 


W tanich firmach są jeszcze większe kampery nawet 4 osobowe i z normalną łazienką, ale te już w okolicach $NZ$100 za dzień. 

No a w renomowanych firmach podobnie jak z samochodami wszystko idzie ok 40% w górę, ale i jakość lepsza. W renomowanych firmach znajdziecie jednak większe kampery ze wszystkimi bajerami, ale ceny za te duże - cztero czy sześcio - osobowe będą już przekraczać nawet NZ$200. 

No i teraz kolejny aspekt podróży po NZ - żarcie. Ceny w sklepach ok 2-2.5 razy wyższe niż w Polsce. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale numerki na ogół podobne do polskich tylko to NZ dolary, a nie złote. Ceny w tanich knajpach czy fastfoodach  w okolicach NZ$10-15 za danie główne. W normalnych restauracjach cena głównego dania od NZ$18 do 30 i wzwyż. 

Z tymi wszystkimi stawkami w głowie przystąpmy do analizy. 

Zalety wynajmu samochodu:
  • raczej mniej pali
  • łatwiej parkować
  • łatwy w obsłudze i prowadzeniu dla ludzi, którzy nie są wprawni z kamperami
Wady wynajmu samochodu:
  • Musimy płacić za noclegi.
  • Jeśli nocujemy w hotelach to jesteśmy zdani na jedzenie na mieście, jako że w hotelowych pokojach znajdziecie najwyżej czajnik do zrobienia kawy i minibar. Natomiast w każdym pokoju w motelu jest zwykle w pełni wyposażona kuchenka, lodówka, czasem nawet pralka. Tak więc w motelach możemy sobie gotować (szczególnie ważne to w przypadku śniadań), ale ponieważ nie mamy ze sobą lodówki, więc trzeba robić zakupy na bieżąco. Lunch'e z pewnością musimy jeść "na mieście" lub robić sobie kanapki na drogę w motelu.   
  • Najprawdopodobniej musimy trzymać się dat zamówionych noclegów, choć poza sezonem w niektórych rejonach można próbować szukać miejsc noclegowych bez wcześniejszego zamawiania.
  • Jeśli mamy dwie noce w jednym miejscu to fajnie, ale zwykle każdego ranka mamy pakowanie waliz, szukanie zapomnianych ładowarek itd.
Zalety wynajmu kampera:
  • możemy nocować za darmo w wyznaczonych miejscach "freedom camping" (czyli w cenie wynajmu kampera) lub na kampingach płatnych, czyli za ok $20-25/od osoby. Są jeszcze obozowiska prowadzone przez Department of Conservation (DOC) czyli Wydział Ochrony Środowiska, który zajmuje się wszystkimi rezerwatami i parkami narodowymi. Na tych obozowiskach jest najtaniej (NZ$5-10 od osoby), ale jest tam zwykle tylko kibel i czasem woda. 
  • Wszystkie posiłki możemy robić sami, jeść je w ładnej scenerii, a z lodówką na pokładzie zakupy można robić raz na kilka dni. Do knajpy na wykwintną kolację też warto pójść, ale nie musimy tego robić codziennie. 
  • Marszruta może być łatwo dostosowywana, nawet jeśli będziemy zatrzymywać się na płatnych kampingach (a co kilka dni warto, żeby nabrać wody, zrobić pranie i wziąć lepszy prysznic) to poza sezonem prawie zawsze miejsce się znajdzie. 
  • Gdy się rozpakujemy to pakować będziemy się dopiero przy zdawaniu kampera (do kampera polecam brać miękkie torby raczej niż sztywne walizki - jak na żeglowanie).
Wady wynajmu kampera: 
  • U nowicjuszy występuje trema prowadzenia wiele większego pojazdu niż zwykle (szczególnie trzeba uważać na wysokość pod gałęziami drzew, słupów przy krawężnikach itp.).
  • kampery, szczególnie te większe są jak jachty - trzeba pamiętać o uzupełnianiu wody, spuszczaniu ścieków, spuszczaniu pomyj i śledzić naładowanie akumulatorów. Dla niektórych to trochę za dużo radości.
  • Parkowanie większych kamperów czasem jest problemem, szczególnie w miastach (najlepiej szukać wtedy supermarketu). 
  • Poszukiwanie miejsc gdzie wolno się zatrzymać za darmo jest czasem nieco skomplikowane, bo każdy dystrykt czy miasto ma swoje przepisy i wyznaczone miejsca.
Tak więc dobrze wyposażony "self contained" kamper to po prostu pojazd wielkości minibusa lub małej ciężarówki, który ma zbiornik wody na dwa, trzy dni skromnego używania, toaletę chemiczną, zbiornik pomyj no i z reguły lodówkę i kuchenkę jak również akumulator i butlę gazową.  Oznacza to, że załoga może przeżyć w takim kamperze pewien czas bez konieczności korzystania z zewnętrznych źródeł wody, energii oraz bez potrzeby zrzucania nieczystości. Większość prywatnych właścicieli kamperów doposaża je w większe akumulatory, zbiorniki wody i ścieków, panele solarne aby być samowystarczalnym jak najdłużej, ale kampery pod wynajem raczej obliczone są na to, że będziemy się jednak co najmniej co drugą noc zatrzymywać na kempingach, podłączać do prądu, dobierać wody, spuszczać ścieki, opróżniać chemiczny kibel itd. I tak załóżcie: jedna noc na kampingu płatnym, a następna "na dziko". Z doświadczenia wiem, że największym problemem są woda i ścieki. Nawet jeśli akumulator jest przymały to jest ciągle doładowywany w czasie jazdy i prądu raczej nie braknie.


 

No dobra, na dziko, ale gdzie? Ok. 10 lat temu parlament nowozelandzki uchwalił ustawę dotyczącą "freedom camping" której założeniem było ułatwienie kempingowania na dziko, szczególnie dla "self contained" kamperów i podobnie wyposażonych przyczep kempingowych. Niestety, Nowa Zelandia jest nieco podobna do UK w tym, że tak na prawdę to dostępu do "dzikich" miejsc nie ma. Wszystkie tereny są albo prywatne (wliczając w to większość lasów uprawnych), albo są pod kontrolą rządowego Department of Conservation (DOC) czyli są albo parkami narodowymi albo rezerwatami przyrody.  Poza tym są jeszcze pasy nadmorskie (również kontrolowane przez DOC lub regionalne organizacje środowiskowe) oraz parki i skwery zarządzane przez samorządy lokalne, czyli miasta i dystrykty (obszarowo coś między powiatem a województwem).  Niestety wszystkie dystrykty jak i DOC mają prawo do ustalania szczegółowych miejsc, gdzie można ten "freedom camping" uprawiać. W praktyce oznacza to, że wyznaczają one miejsca (czasem dosłownie trzy miejsca parkingowe w danej lokalizacji) gdzie można się na dziko (czytaj za darmo) zatrzymać na noc (z reguły z zastrzeżeniem, że tylko na jedną lub dwie noce, ale nie dłużej itd). Większość tych miejsc jest tylko dla pojazdów "self contained" więc biedni namiotowicze wielkiego wyboru nie mają. DOC ma w swoich parkach narodowych i rezerwatach dość dużą ilość obozowisk, z reguły w malowniczych miejscach i bez ograniczeń czasowych, ale pobiera opłaty od osobo/dnia rzędu 5-10 dolców. Na tych obozowiskach są z reguły tzwn kompostujące toalety, czasem jest woda, a poza tym trzeba być zdanym na siebie i swoje zapasy. Dodatkowym problemem jest to, że dojechać do wielu z nich można drogami szutrowymi, a firmy wynajmujące kampery i samochody często zabraniają prowadzenia ich po takich drogach. 

Podsumowując, jeśli wynajmiecie kampera to średnio co drugą noc trzeba będzie dopłacić do jego wynajmu dziennego albo nic (w miejscach kontrolowanych i wyznaczonych przez dystrykty) albo 5-10 na łebka (na obozowiskach DOCowskich) albo 15-25 (od łebka na kampingach płatnych). Jednak będziecie mieli dużo więcej swobody i będziecie mogli sporo zaoszczędzić na jedzeniu. Wynajmując samochód i zatrzymując się w motelach czy AirB&B podobnie, ale mniej swobody czasowej i możliwości zmiany trasy, gdy na przykład pogoda się załamie. 

Wynajmując kampera z reguły dostaniecie mapę kempingową, ale warto również zaopatrzyć się w apkę taką jak Camper-mate pokazującą wszystkie intersujące Was przybytki od wszelkiego rodzaju campingów po sklepy, toalety, punkty zrzutu ścieków i toalet po atrakcje turystyczne. 


No i tak to wygląda. Jest to temat - rzeka. Musicie to dobrze przemyśleć, a ja służę pomocą, jeśli ktoś będzie miał jakieś pytania.

Czuwaj....


 




18 stycznia 2021

Przewodnik po Nowej Zelandii: Jak przeżyć za kierownicą



Kiedy już się zdecydujecie tu przyjechać i nie dołączycie do zorganizowanej wycieczki, a chcielibyście zobaczyć spory kawałek tego pięknego kraju to najprawdopodobniej będziecie chcieli wynająć jakieś cztery lub dwa kółka. Tak czy owak przed Wami ciekawa przygoda motoryzacyjna. Pomijam tu przybyszy z Wielkiej Brytanii, Indii czy Japonii, którzy do lewostronnego ruchu są przyzwyczajeni.  

Znam wiele osób w Polsce, które otwarcie deklarują, że w UK nigdy by za kierownicą nie usiadły. No tak, tam to jest wykonalne, bo w UK jest dobry transport publiczny. Tutaj nie ma wyjścia, trzeba diabła wziąć za rogi. Ale nie taki diabeł straszny. 

1. Prawo jazdy

Teoretycznie, jeżeli prawo jazdy nie jest po angielsku to wymagane jest jego tłumaczenie, ale o ile wiem wszystkie prawa jazdy w europejskim formacie są akceptowane. Radzę przed przyjazdem sprawdzić. W większości firm minimalny wiek kierowcy to 21 lat. Niektóre dopuszczają 20-to a nawet 18-to latków, ale trzeba niestety trochę dopłacić. Po prostu ubezpieczenia dla młodych kierowców są tu wyższe. No i oczywiście do wynajęcia samochodu potrzebna będzie karta kredytowa. 

2. Nawigacja. 

Mapy niestety wychodzą z mody i kosztują sporo kasy, ale ciągle jest to jakaś opcja. Można oczywiście polegać na Google Maps i telefonie, ale po pierwsze roaming danych jest drogi (no niby można kupić lokalnego SIMa), ale przede wszystkim Google Maps potrzebuje zasięgu komórkowego aby rysować mapę, a w wielu odludnych miejscach, zasięgu brak. Najpewniejsza jednak jest dedykowana nawigacja z wgraną mapą. Samochody droższych klas z renomowanych firm z reguły mają nawigację na pokładzie. Jeśli jednak wynajmujecie w tańszej firmie to sprawdźcie, czy mają w opcji nawigację i ile ona kosztuje. Jeżeli macie swoją nawigację typu Tom Tom czy podobne to może się okazać, że taniej jest kupić i wgrać do niego mapę Nowej Zelandii (to z reguły jest cała Oceania) i przywieźć nawigację ze sobą. Może wyjść taniej.

3. Antyradar. 

O limitach prędkości zaraz opowiem. Tutaj napomknę tylko, że prędkość jest dyskretnie i skutecznie kontrolowana. Wszystkie radiowozy drogówki mają radary namierzające w ruchu w przód i w tył, sporo jest też radiowozów nieoznakowanych i nieco stacjonarnych kamer stałych jak i montowanych w nieoznakowanych mikrobusikach. Jeździ się tutaj pod limit i niewiele osób go przekracza. Próba skorumpowania policjanta grozi poważnymi konsekwencjami a - uwaga, uwaga - antyradary są tutaj legalne. Jeśli więc macie tendencję do nieco bardziej dynamicznej jazdy to polecam wrzucenie ukrywanego skrzętnie w Europie antyradaru (z przyssawkami) do walizki. 

4. Kierownica po złej stronie


Jak już załatwicie formalności przy biurku to dostaniecie kluczyk, trochę papierów i wskazówkę gdzie na parkingu znaleźć wasz samochód. Upychamy walizy do bagażnika, otwieramy drzwi, a tu kierownicy nie ma. No tak, zajmie Wam sporo czasu, zanim przyzwyczaicie się podchodzić do samochodu z odpowiedniej strony. Jak już znajdziecie kierownicę to już z górki. Kierunkowskazy i wycieraczki co prawda odwrotnie (długo będziecie machać wycieraczkami przed skrzyżowaniami), ale przynajmniej pedały tak jak w domu. Biegi w lewej ręce, a po prawej drzwi - kilka razy będziecie próbować zmieniać biegi klamką.

5. Wyjeżdżamy z parkingu.

Jeśli brak na nim ruchu to fajnie, ale jeśli kogoś na nim spotkacie to pewnie będzie to pierwsze zderzenie z rzeczywistością bo "idiota" będzie was chciał staranować. Prawdę mówiąc na parkingach będziecie popełniać błędy częściej niż na drodze, na której widać co robią inni i po prostu się ich małpuje.

6. Prędkość

Na prawie wszystkich drogach pozamiejskich 100km/h włącznie z autostradami. Jest kilka odcinków autostrad gdzie wolno 110km/h i są one wyraźnie oznaczone. W miastach: to co pokazują znaki - z reguły 50 km/h. Tutaj ważna uwaga co do metodologii oznakowania. Znaki ograniczeń prędkości obowiązują do następnego znaku prędkości, a nie jak w domu do następnego skrzyżowania. Nie ma również pojęcia obszaru zabudowanego. Przykład: wjeżdżając do miasteczka z drogi na której było 100 km/h miniecie znak ograniczenia do powiedzmy 50 km/h. To ograniczenie obowiązuje do póki nie przejedziecie pod znakiem zwiększającym czy zmniejszającym to ograniczenie. I nie ważne ile skrzyżowań przejechaliście czy ile razy skręciliście w inne ulice. W ten sposób na terenie całego miasteczka obowiązuje 50km/h a jak będziecie z niego wyjeżdżać to zobaczycie znak ograniczenia do 100km/h i itd. aż do kolejnego znaku. Jakoś to działa. Polecam religijne trzymanie się ograniczeń. Patrz punkt o antyradarach. Tolerancja chłopców radarowców jest niska - do 3km/h (nie żadne 10%). 

7. Pierwszeństwo

Ogólnie pierwszeństwo ma ten z prawej z wyjątkiem sytuacji gdy na skrzyżowaniu skręcacie w lewo a nadjeżdżający z przeciwka chce skręcić w jego prawo. Jest niby po Waszej prawej, ale to Wy macie pierwszeństwo ( taki odpowiednik polskiej "zielonej strzałki w prawo). W Polsce takim wyjątkiem są ronda, gdzie pierwszeństwo ma ten z lewej. Tutaj na rondach jeździmy zgodnie z ruchem zegara więc wyjątku od reguły nie ma. Ci co na rondzie mają pierwszeństwo. Wszystko to brzmi skomplikowanie, ale  wyluzujcie - równorzędnych skrzyżowań w zasadzie nie ma. Wszystkie są obstawione trójkątami więc główkować za bardzo nie trzeba. 

8. Procenty

Limit taki jak w Polsce, czyli najlepiej mieć zero. Od czasu do czasu zdarzają się "łapanki", szczególnie wieczorami w soboty niedaleko knajp. 

9. Mandaty

W Waszym przypadku wysłane zostaną do firmy, z której wypożyczyliście auto. Jak zrobiliście niewielkie przekroczenie prędkości to mandat może być malutki, rzędu $20-40, ale firma doda Wam do tego $100 opłaty manipulacyjnej i ściągnie z karty kredytowej czy depozytu. Za większe przekroczenia będzie odpowiednio większy mandat powiedzmy $200 do $300. Nie polecam dać się złapać na przekroczeniu większym niż 30km/h powyżej limitu. Dla mnie oznaczałoby to rozstanie z prawem jazdy na długie miesiące, a dla Was koniec wakacji. 

10. Paliwo

Aktualnie benzyna ok $1.85 a diesel ok $1.3 czyli diesel niby tańszy, ale to złudzenie, bo wszystkie diesle na drogach muszą płacić dodatkowo podatek drogowy, w zależności od przebiegu. Benzyniaki mają ten podatek wliczony w cenę benzyny. Ta sytuacja to robota farmerów, którzy mają wiele maszyn nie wyjeżdżających na drogi. 

Na stacjach benzynowych w zasadzie tak jak w Polsce: self service i do kasy. Nocą najpierw do okienka z kartą, a potem nalewamy. Są też stacje zupełnie self service, na których najpierw wczytuje się kartę a potem leje. Karta zostanie obciążona tyle ile się wlało. 

11. Płatne autostrady

Jest ich dosłownie ze cztery niewielkie odcinki w całym kraju. Podczas przejeżdżania pod bramką skanowana jest tablica rejestracyjna i opłatę trzeba wnieść online lub mieć otwarte konto. W Waszym przypadku musicie ustalić z firmą kto płaci i jak. 

11. Trzymać się lewej - rutyna zabija

Na koniec rzecz najważniejsza. Po kilku dniach przyzwyczaicie się trochę do jeżdżenia po złej stronie i poza małymi wpadkami na parkingach czy w miastach zaczniecie wpadać w rutynę i czuć się coraz pewniej. To najniebezpieczniejszy okres. Widoki za oknem przepiękne, na drodze nie ma żadnego innego auta, niewielki zakręt, nagle z naprzeciwka coś wyjeżdża.... i jest po złej stronie. Uciekasz w prawo a ten "baran" w jego lewo i czołowe gotowe. Co roku mamy tu cały szereg czołowych zderzeń spowodowanych przez zamorskich turystów. Na wyjazdach ze wszystkich parkingów i punktów widokowych malowane są strzałki przypominające, którą stroną dalej jechać, ale mimo wszystko ludzie się zagapiają. Nie zagapcie się....

Niedługo będzie o kamperach i campingowaniu na dziko.

29 grudnia 2020

Z cyklu Przewodnik po Nowej Zelandii: Jak podróżować po Nowej Zelandii

Nie ma co ukrywać - wycieczka do Nowej Zelandii zawsze była pioruńsko droga, a teraz po pandemii będzie jeszcze droższa. To takie ustalenie na początek abyśmy zdali sobie sprawę, że to nie Bali, Laos czy Wietnam, gdzie dawało się dolecieć w miarę tanio i przeżyć za parę groszy. Na nowe ceny biletów przyjdzie nam chwilę poczekać. Linie lotnicze będą teraz dochodzić do siebie powoli i sądzę, że do cen sprzed pandemii droga daleka.  Natomiast koszty turystycznego życia i zwiedzania Nowej Zelandii porównałbym do Szwecji czy Norwegii. Myślę tu o wszystkich poziomach komfortu - od "backpackersowego" (plecakowego) po pięciogwiazdkowy. Miejcie to więc na uwadze planując podróż na Antypody (w Australii jest podobnie choć chyba nieco taniej) aby później nie było niemiłych zaskoczeń. A więc jest drogo, ale na prawdę warto się szarpnąć. No a jeśli już zdecydujecie się szarpnąć to trzeba zadbać, żeby to szarpnięcie wykorzystać jak najlepiej. No chyba, że ktoś ma środki na to, żeby się szarpać co parę lat, ale to wtedy inna kategoria turysty i pewnie i tak tego bloga czytać nie będzie. 

Jak ograniczenia związane z pandemią się wreszcie skończą, grzecznie się zaszczepicie i wywalicie kupę kasy na bilet lotniczy to starajcie się przyjechać tu na co najmniej 3 tygodnie, a najlepiej na wiele dłużej. No chyba, że interesuje Was tylko niewielki obszar lub specyficzna dziedzina turystyczna i nie chcecie zwiedzać większych połaci kraju. Jeśli nie macie czasu, bo urlop za krótki itp. to podarujcie sobie takie dalekie podróże. Już sam jetlag zabierze z tych dwóch tygodni ze trzy dni, zmiana czasu o 12 godzin, coś tam zobaczycie, ale będziecie skołowani niemożebnie. 

Jeśli jednak, jak większość, chcielibyście zobaczyć jak najwięcej to potrzeba Wam przede wszystkim czasu i transportu. Wbrew pozorom Nowa Zelandia to kraj dość duży (2000 km wzdłuż obu wysp) i przemieszczać się po niej szybko można tylko samolotem. Wszystkie inne środki transportu są sporo wolniejsze niż w innych krajach, bo drogi wąskie i kręte a linie kolejowe słabo rozwinięte. 

Tak więc do wyboru macie zwiedzać Nową Zelandię:

1. Na piechotę i z dobytkiem na plecach. 


Będzie najtaniej, ale 6 miesięczna wiza może nie wystarczyć, aby przespacerować się wzdłuż całego kraju. Jest kilka bardzo spektakularnych tras dla takich śmiałków i znam sporo Nowozelandczyków, którzy postawili sobie za cel je zaliczyć - przynajmniej etapowo. Ogólnie rzecz biorąc jest to zabawa dla ambitnych i bardzo sprawnych tzw. "prawdziwych turystów". 


2. Rowerem z dobytkiem w sakwach. 

Trochę szybciej, ale też wolniutko. Trzeba mieć dobry sprzęt i być bardzo sprawnym rowerzystą, bo Nowa Zelandia to nie Holandia ani Mazowsze - pagórki i strome góry w zasadzie non-stop. Jest tu sporo tras rowerowych, ale głównie nastawionych na krótkie kilkudniowe wyprawy na góralach.  Jazda zwykłymi drogami jest nieco ryzykowna, bo tak jak i w Polsce rowerzyści na drogach są tu traktowani jak intruzi a i drogi nie za szerokie, więc trzeba mieć silne nerwy i trochę szczęścia. No, ale jak rowerzyści dobrze wiedzą, rower daje wiele frajdy, swobody i dzięki niemu zobaczyć można wiele szczegółów, które umykają zmotoryzowanym. Poza tym rower to jest styl podróżowania i jest wielu takich, którzy wolą zobaczyć mniej, ale sobie po prostu pojeździć. Sam kiedyś do takich należałem. 

3. Motocyklem. 

No, to już wyższa szkoła wtajemniczenia. Można wypożyczyć tutaj przyzwoite maszyny i jeśli jest się doświadczonym motocyklistą to frajdy można mieć co niemiara, bo drogi są kręte i widowiskowe. Byle tylko pamiętać, żeby trzymać się lewej strony. Pogoda na motocykl jest znośna głównie latem jednak trzeba się liczyć z tym, że nawet latem będzie trochę mokro, ale co tam deszczyk dla prawdziwego "ridera"?  Słyszałem, że jest tu ktoś, kto organizuje motocyklowe wyprawy dla grup z Polski. Co do noclegów to można od hotelu do hotelu, ale też od campingu do campingu. 

4. Samochodem. 

Jak wyżej tylko bez moknięcia i much w zębach. Niezależność jaką dają indywidualne środki transportu zmotoryzowanego jest nie do pobicia, bo tylko one dają możliwość swobodnego zwiedzania Nowej Zelandii i odwiedzania miejsc poza głównymi turystycznymi szlakami. Wypożyczalni samochodów jest bez liku (jak to na każdej wyspie) i ceny dniówkowe są całkiem znośne w porównaniu z innymi kosztami tej wycieczki. Niedługo napiszę więcej szczegółów o tym typie podróżowania.

5. Kamperem. 

Jak wyżej, tylko, że można trochę zaoszczędzić na jedzeniu gotując samemu czy na noclegach zatrzymując się od czasu do czasu na dziko ("freedom camping") lub za niewielkie pieniądze. Trzeba jednak przyznać, że wynajem wygodnych i nowoczesnych kamperów wcale nie jest taki tani i trzeba rozważyć wiele aspektów zanim się zdecydujecie na wynajem kampera - szczególnie jeżeli jesteście nowicjuszami. Niedługo również więcej na ten temat.

6. Autobusem. 

Wśród publicznych środków transportu to opcja najtańsza. Choć sieć autobusowa jest niezbyt rozbudowana rejsowe autobusy (zwane Intercity) są przyzwoite i kursują regularnie między centrami miast i miasteczek.  Jednak dostać się takim autobusem można tylko do niektórych ciekawych miejsc i szlaków turystycznych. Intercity ma tzwn "Flexipass" który można wykupić na określony czas i region. 


Są jeszcze specjalne objazdowe turystyczne linie autobusowe, które działają tak jak "hop on/hop off" autobusy w wielkich miastach. Można wykupić bilet na całą Nową Zelandię, poszczególne wyspy, na rok lub pół roku i poruszać się takim autobusem do woli. Kiwi Experience to typowa młodzieżowa linia zwana pieszczotliwie "Big green fuck truck" uwielbiana przez tych, których bardziej interesuje imprezowanie niż zwiedzanie. 


Są też inne takie jak "Stray Bus" lub "Magic Bus" wybierane przez spokojniejszych turystów. 

7. Pociągiem. 

No niestety, pociągiem zwiedzać Nowej Zelandii się nie da. Sieć kolejowa jest mizerna, wąskotorowa, w miarę funkcjonuje tylko jako dojazdówka w okolicach dużych miast. Owszem, można się w Nowej Zelandii przejechać po kilku bardzo widowiskowych trasach, ale te przejazdy to po prostu atrakcje turystyczne same w sobie, piękne widoki, eleganckie wagony z panoramicznymi szybami, kelnerzy, dobre jedzonko i jeden pociąg na dzień za spore pieniądze. 

8. Samolotem. 

Sieć lotnicza jest dużo gęstsza niż kolejowa. Nieraz nawet można trafić relatywnie tanie bilety i na pewno jest to najszybszy środek transportu, jednak to tylko od lotniska do lotniska, no a potem i tak trzeba wynająć albo kampera, albo samochód, bo taksówki są drogie jak psy a ubery działają tylko w dużych miastach. 

8. Ze zorganizowaną wycieczką - zwykle autobusem, mini-busem często z etapami lotniczymi. To jest oferta dla tych, którzy nie czują się pewnie bądź to językowo, bądź to kulturowo i wolą ganiać za przewodnikiem z grupką mniej lub więcej udanych współpodróżników. Często opcja ta wychodzi najtaniej w stosunku do przebytych kilometrów, zaliczonych atrakcji i ilości noclegów.  Co kto lubi.

7. Statkiem wycieczkowym. 

To jest takie extremum zorganizowanej wycieczki. Już sam widok tych molochów mnie odstrasza, a jak widzę je wpływające do fiordów Norwegii czy Nowej Zelandii to scyzoryk mi się w kieszeni otwiera. No ale są tacy którzy taką atmosferę pływającego hotelu Gołębiewski uwielbiają więc trzeba tu i wycieczkowce wymienić. Zwiedzić można tylko kilka miejsc, ale uciechy z "all inclusive" na pokładzie jest co nie miara. Zdaje się, że dzięki Covidovi większość wycieczkowców poszła na żyletki więc środowisko trochę odpocznie. 

No i to mniej więcej tyle z podstawowych opcji podróżniczych. W kolejnych odcinkach opowiem dokładniej o tych najbardziej popularnych. 

Tymczasem zbierajcie kasę....