Szukaj na tym blogu

sobota, 16 grudnia 2017

Ryczące czterdziestki

Drodzy moi. Mimo najlepszych chęci jakoś nie potrafię się zmobilizować do ciągnięcia tego bloga dalej. Wydaje mi się, że aktualna formuła się już wypaliła i moje mentorzenie stało się nudne. Czas na coś nowego i w innym formacie. Planuję, że następny wpis będzie wpisem pożegnalnym, ale kto wie, może zaproponuję coś nowego.

W międzyczasie wielkimi krokami nadchodzą Święta, a zatem wszystkim wiernym czytelnikom życzę wspaniałych Świąt i Sylwestra wg upodobań, a w Nowym Roku samych sukcesów.

Poniżej krótka notatka z niedawnej wyprawy (lotniczej) w ryczące czterdziestki.

Buzi.


wtorek, 1 sierpnia 2017

Dwa cyklony w tydzień

Cyklony, huragany czy tajfuny to jedno i to samo. Takie przerośnięte tornada. Nazwa zależy od oceanu nad jakim się tworzą. Na Pacyfiku to cyklony. Nad Indyjskim to tajfuny, a nad Atlantykiem huragany. Bestie to raczej przewidywalne. Tworzą się podczas lata, kiedy woda w oceanie najcieplejsza. Największy szwung mają w okolicach zwrotników (tak od 10 do 30 stopni od równika) i tam sieją zwykle spustoszenie. Jak wpadną nad ląd, to odcięte od dopływu energi jaką czerpią z cieplutkiej wody w oceanie, dość szybko gasną, choć z reguły zdążą narobić szkód wiatrem i falami na wybrzeżu, a powodziami w głębi lądu. I jeszcze jedna ciekawostka - na północ od równika kręcą się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, a na południe od równika zgodnie ze wskazówkami.

Jak wspominałem w poprzednim wpisie wszyscy rozsądni żeglarze naszym latem albo żeglują sobie wkoło Nowej Zelandii, albo siedzą na kotwicy w w Bay of Islands i piją, ewentualnie jeśli nie zdążą uciec na południe to płyną na północną stronę równika, gdzie cyklonów w tym czasie brak. Na Hawajach, Wyspach Marshalla, Kiribati jest wtedy zupełnie bezpiecznie. Dalej na północ nie warto, bo tam wtedy przecież zima.

Wszystko to działa jak w zegarku i co roku, gdzieś w połowie kwietnia (koniec naszego lata) można przyjąć, że cyklonów już na Południowym Pacyfiku nie będzie, stawiać żagle i płynąć na Fiji, Samoa, Tonga, Vanuatu itd aby pochlapać się w ciepłej wodzie. Byleby nie przekraczać równika na północ, bo tam wtedy  przecież cyklony. Trzeba tylko wrócić do NZ najdalej w połowie października, bo z nadchodzącą wiosną cyklony wracają na tę stronę. No i tak co roku trwa ta gonitwa. Ciekaw jestem ile z tego zrozumieliście.

Ostatnie lato było bardzo spokojne. Prawie żaden cyklon nie utworzył się na Południowym Pacyfiku i gdy już brać żeglarska zaczęła się przymierzać do wyjścia w morze, na początku kwietnia, w zasadzie już prawie po sezonie, cyklony dostały szajby. Chyba ze trzy utworzyły się w bardzo krótkim okresie. Dwa dotarły aż do nas.

Najpierw dotarła do nas Debbie. Utworzyła się gdzieś koło Papuy Nowej Gwinei, najpierw spustoszyła północne Queensland w Australii, a potem przypomniała sobie o nas. Dmuchać już wiele nie mogła, ale wilgoci przyciągnęła sporo. Byliśmy właśnie z naczalstwem na strategicznej naradzie nad Jeziorem Tarawera (no wiecie, trzeba się od czasu do czasu strategicznie naradzić łapiąc ryby z dala od biura i telefonów). W pierwszy dzień (poniedziałek) zaczęło lać niemożebnie - z ryb nici, a rano we wtorek, moja żeglarska apka stwierdziła, że Debbie leci na nas pełną parą. Przerwaliśmy więc narady i w panice pognaliśmy do domu, no bo jakby to wyglądało gdyby całe naczalstwo było nieobecne podczas gdy dystrykt dewastowany jest przez cyklon. Dotarliśmy do Whakatane w samą porę, żeby pod wieczór otworzyć biuro obrony cywilnej tutaj zwane pieszczotliwie EOC czyli Emergency Operations Centre. A tu dopiero wtedy zaczęło poważnie lać. Wylało się na nas 240mm wody w 24 godziny.

EOC w sali narad
Z godziny na godzinę robiło się coraz mniej wesoło. Na ekranach w naszym EOC  mieliśmy podgląd poziomu naszej rzeki, która płynie przez Whakatane. Najwyższy historyczny, poziom zanotowany był 7,8 metra. Koło północy mieliśmy już 8 potem 8,2 potem  8,5 potem 8,6 potem 8,7.

Czy wały wytrzymają?
Włosy stawały nam na głowie, bo calutkie miasto leży na płaskim terenie pomiędzy wałami i pasmem wzgórz. Gdyby wały się przelały lub przerwały byłby spory kłopot. Wały wytrzymały i nad ranem pomalutku woda zaczęła opadać.

Niestety o 8 rano nagle gruchnęła wiadomość, że w niewielkim miasteczku Edgecumbe (nad inną rzeką) wały za chwilę puszczą i trzeba ogłosić ewakuację. Było już jednak za późno. Wały puściły niemal w tej samej minucie. Na szczęście ludzie właśnie wstali i zdołali uciec.  Jakimś cudem obyło się bez ofiar. Gdyby wydarzyło się to w nocy, po ciemku, mielibyśmy prawdziwą tragedię.
Wał broniący Edgecumbe nie wytrzymał i woda z rzeki wylała się do miasta
Miasteczko utonęło w mętnej wodzie
No cóż, kilkaset domów zalanych, miasteczko zdewastowane, trzeba się było wziąć ostro do roboty. Na szczęście za ochronę powodziową i wały odpowiedzialna jest inna organizacja, a nie my, więc mogliśmy się skupić na udzielaniu pomocy raczej, niż zastanawianiu się jak się z tego bałaganu wytłumaczyć. Ogłosiliśmy w dystrykcie stan wyjątkowy, zjechało się z całej NZ mnóstwo różnych fachowców (którzy lepiej by zrobili dając po prostu kasę, a nie mądrząc się) i ruszyła akcja pomocy powodzianom, usuwania bałaganu, oceniania strat, przyjmowania premiera, oganiania sie od dziennikarzy itd. itd. A w reszcie dystryktu też nie było wesoło.

Na drogach, w górach $10 milionów strat





Odciętym wsiom w górach trzeba było dowozić żarcie helikopterami

EOC działało teraz non stop. Zmienialiśmy się z Inką, żeby od czasu do czasu nakarmić w domu kota. Przez pierwszych kilka dni spaliśmy po dwie godziny. Niestety moja pogodowa apka, pokazywała, że dokładnie tydzień po Debbie dotrze do nas kolejny cyklon Cook. Nie chciało się nam wierzyć w takie szczęście, ale z każdym dniem prognoza była coraz bardziej precyzyjna. Debbie to była olbrzymia fala deszczu, a Cook miał dotrzeć jako prawdziwy cyklon, z 7 metrowymi falami, wiaterm do 160km na godzinę, podczas przypływu (czyli zalewając domy nad brzegiem) no i z deszczem. Na kilka godzin przed jego nadejściem ciągle nie było wiadomo którędy przejdzie oko. Przeszło jakieś 80 km od nas na zachód. Na szczęście ani fale nie były tak dewastujące ani deszcz zbyt wielki. I dobrze, bo w przeciągu pół godziny mieliśmy zwalonych setki drzew i lini energetycznych. To oznaczało, że wszystkie nasze pompy i oczyszczalnie i stacje uzdatniania wody stanęły i zaczęło się nerwowe przestawianie generatorów od stacji pomp do stacji, żeby miasta nie utopić za przeproszeniem w gównie i zapewnić jakie takie dostawy wody. Łatwo nie było, ale się udało. Znowu seria nieprzespanych nocy. No a  potem wielka akcja oczyszczania miasta.



Ech, ciężkie jest życie magistrackiego urzędnika.

piątek, 21 lipca 2017

Zatoka Wysp czyli kolejne relacje żeglarskie

Zrobiło się tego bloga sporo. Już nie pamiętam o czym pisałem, a o czym nie. Najwierniejsi czytelnicy pewnie też nie pamiętają, więc zaryzykuję trochę powtórek.

Zatoka Wysp czyli Bay of Islands to najlepszy akwen żeglarski w Nowej Zelandii i mekka żeglarzy obierzyświatów. Tutaj można się bezpiecznie przechować przez okres cyklonów na Południowym Pacyfiku, wykonać niezbędne naprawy, pozwiedzać resztę NZ, a potem popłynąć dalej. Kiedyś, gdy będziemy mieli czas i kasę mamy nadzieję robić to, co robi spora rzesza lokalnej żeglarskiej braci, a mianowicie spędzać lato (okres cyklonów) w Nowej Zelandii, najlepiej w Bay of Islands, a na zimę wypływać w tropiki.



Mimo, że z perspektywy nowozelandzkiej Bay of Islands to raczej zadupie, ze względu na olbrzymią popularność tego regionu wśród międzynarodowej społeczności żeglarskiej, w porcie Opua,  jest nawet biuro straży granicznej, gdzie można odprawić się po lub przed rejsem zagranicznym. W Opua jest też spora marina i cały szereg warsztatów obsługujących jachty żaglowe i motorowe. Poza tym w całej Bay of Islands jest zatrzęsienie stałych kotwicowisk (z bojami) gdzie można bezpiecznie trzymać jacht, a w niezliczonych zatoczkach wspomnianych wysp można siedzieć na kotwicy ile dusza zapragnie. Jednym słowem żeglarski raj.


Rozgrzani  po naszej bożonarodzeniowej wyprawie na Mercury Island (patrz poprzedni wpis), na początku marca udaliśmy się więc pokazać Nardine jej przyszłe kotwicowiska.

Z Whakatane do Bay of Islands jest prawie 300 mil, czyli mniej więcej tyle ile z Gdańska do Sztokholmu, albo tak jak wzdłuż całego Adriatyku od Słowenii do Grecji. Plan był taki by rozbić to na trzy lub cztery odcinki w zależności od pogody, a szczególnie wiatru. Po drodze jest też ładnie i nie ma co tak gnać na złamanie karku. Bez nocnych wacht jest jednak bardziej rozrywkowo.

Planowana trasa
Wyszliśmy z Ohiwa na wysokim przypływie tuż po południu. Wiatr był taki sobie i trzeba było sobie pomagać końmi mechanicznymi. Po kilku godzinach, pod wieczór, czujne oko wilka morskiego wypatrzyło, że z głównego, stalowego przewodu paliwowego psika cieniutka fontanna. Poszła w ruch specjalna taśma. Fontannę się tymczasowo zlikwidowało, ale plany trzeba było skorygować i miast na północ zmieniliśmy kurs na Taurangę, aby fontannę zlikwidować bardziej przekonywująco. Silniki diesla, nie lubią dziurawych przewodów paliwowych.

Do Taurangi naprawiać rurkę
O świcie dotarliśmy do Taurangi i zameldowaliśmy się w naszej dobrze znanej marinie. Sprytny mechanik pomógł z przewodem paliwowym, a my mieliśmy dzień kulturalnego i kulinarnego wypoczynku choć prawie dwa dni straty do planu.

Następnego dnia rano, przy całkiem rzeźkim, wschodnim wietrze popędziliśmy więc do celu. Około północy rzucaliśmy kotwicę w znanej z poprzedniego wpisu zachodniej zatoce na Mercury Island.


Kolejny etap skończył się na również znajomym kotwicowisku w Port Fitzroy na Great Barrier Island.


Następnie przeskok do Tutukaka by kolejnego dnia, po opłynięciu Cape Brett ze słynną Hole in the Rock (Dziurą w skale) wejść na spokojne wody Bay of Islands.


Całą drogę wiaterek był w zasadzie dobry do płynięcia, ale trochę za słaby w stosunku do dużych, oceanicznych fal nadchodzacych ze wschodu. W efekcie trochę nam trzepało żaglami, co jak wiedzą koledzy żeglarze jest raczej denerwujące.

Cape Brett - Dziura w skale 
Latarnia morska na Cape Brett
Natomiast po opłynięciu Cape Brett znaleźliśmy się w innym świecie.



Jak pisałem wcześniej - raj. Połaziliśmy po przecudnych wyspach.



Pojeździliśmy rowerami.


Połapaliśmy trochę ryb.



Aż wreszcie trzeba było wracać. Ostatni tydzień miał być spokojnym rejsem powrotnym z podobnymi etapami tak, żeby na piątek lub sobotę dopłynąć do domu, sklarować (rozpakować i wypucować) łódkę i dojść do siebie przed pójściem do pracy.  Niestety prognozy pogody coraz mocniej wskazywaly, że w środę wieczorem dotrze do nas silny niż i jeśli nie wejdziemy do naszej zatoki w Whakatane na ostatnim przypływie w środę koło południa to być może nie uda nam się tam wejść przez następnych parę dni. A tu magistrat bez nas obejść się nie może, nie mówiąc już o tym, że bujanie się w sztormie na falach przez cztery czy więcej dni do największych przyjemności nie należy. W niedzielę w południe zadarliśmy więc kiecę i pognaliśmy z powrotem. Tym razem trzeba było grzać non stop. Wiatr na szczeście dopisał. Był idealnie południowo-zachodni. Nardine pobiła wszystkie rekordy prędkości. Nie chciałem wierzyć, że ta 12 tonowa kupa betonu momentami przekraczała 9 węzłów.

Powrót

We wtorek wieczorem - po 50 godzinach od Cape Brett, już po ciemku rzucaliśmy kotwicę w Otarawairere Bay (to taka nasza maleńka, dobrze osłonięta zatoczka na przeczekiwanie złej pogody), przespaliśmy się, a następnego dnia koło południa wśliznęliśmy się do Ohiwa, do naszej domowej boi. Właśnie rozpoczynał się solidny sztorm.

A poniżej krótka reminiscencja z rejsu. Ahoj.