Szukaj na tym blogu

29 października 2012

Whitebaiting


Dusza nowozelandzka to dusza w dużej mierze ciągle pionierska. Owszem sporo tu  ludzi, którzy, jak wielu rozbestwionych Europejczyków, nic już sami zrobić nie umieją, do wszystkiego potrzebują "fachowca" lub jakiejś instytucji i ogólnie mają dwie lewe ręce, ale większość jest inna - no, jeśli nie większość to w każdym razie znacząca i widoczna grupa. Faceci z reguły są złotymi rączkami, kobitki robią sporo rękodzieła, większość jest wysportowana (podczas ostatniej olimpiady 4,5 milionowa Nowa Zealandia zdobyła 13 medali - przypomnę cicho 10 medali 36 milionowej Polski) i ma mocno we krwi instynkt myśliwski. W morzu łapie się ryby, homary, kraby i wszelakie inne stwory. Na plaży i przybrzeżnych skałach zbiera się wszelakie skorupiaki od ostryg do przegrzebkow. W jeziorach i rzekach łowi się pstrągi i łososie. W buszu morduje się jelenie i dziki (bo innych ssaków do strzelania tu raczej niewiele) a inne zwierzaki typu ptaki, gady i płazy są pod ochroną. Prawie wszyscy mają tzwn hopla na jakimś punkcie i pewną ulubioną dziedzinę tych pionierskich zajęć.

Od 15 sierpnia do 30 listopada trwa w Nowej Zelandii szaleństwo zwane whitebaiting. Whitebaiting oznacza połów whitebaitu, a whitebait to ławice narybku kilku gatunków ryb, które składają ikrę w górze rzek. Ikra ta spływa do morza, gdzie wykluwają się z niej miliardy małych rybek, a te wiedzione instynktem, łączą się w ławice i ruszają z powrotem, w górę biegu rzek. A na brzegach tychże czekają na nich poławiacze whitebaitu, którzy za pomocą sporych sieci, na takich jakby wielkich podbierakach, próbują te ławice zgarnąć do wiadra. Aby biednym rybkom dać szansę, poławiaczy whitbaitu obowiązuje cały szereg bardzo szczegółowych zasad, począwszy od okresu ochronnego, kiedy łapać wogóle nie wolno, po godziny połowów, wielkość podbieraka, odległość od instalacji rzecznych, zakaz połowów z łodzi itd itd. Poławiacze whitebaitu zachowują się mniej więcej tak jak grzybiarze w Polsce. Wstają przed świtem aby punkt piąta rano (wcześniej nie wolno) być w swoim sekretnym miejscu. Ponieważ brzegi rzek mają z natury rzeczy dość ograniczoną linię brzegową więc o co lepsze miejsca czasem toczą się prawdziwe walki i podchody.

Whitebait to rybki tak małe (jakieś 3-4 cm), że jeszcze w zasadzie przezroczyste. Uchodzą za niebywały rarytas. Spożywane są w całości (są za małe, żeby z nimi co kolwiek zrobić). Po złapaniu płucze się je dokładnie z jakichkolwiek zanieczyszczeń i całą taką masę rybek (odsączonych z wody i śniętych) smaży się jako tzwn fritters.  Należy rozbełtać cztery jajka z czterema łyżkami mąki (niektórzy dodają jeszcze proszek do pieczenia, żeby się napuszyło nieco), w to należy wmieszać ile tylko można whitebaitu tak, żeby się trochę kleił i calość łyżeczkujemy na rozgrzane masełko czy olej. Wychodzą z tego takie grubawe placki (trochę jak ziemniaczane) o smaku faktycznie niebiańskim. Taka najdelikatniejsza plątanina wspaniałego mięska rybnego. Odpowiednik rybnej cielęcinki. Faktycznie pycha (i po usmażeniu już nie widać tych tysięcy smutnych oczek).

Ineczka jeszcze nie póbowała, ale może pewnego dnia się przekona.


whitebait
W pełni wyposażony wehikuł poławiacza whitebaitu: pojemnik na whitebait, scoop czyli podbierak, dwie białe plastikowe rury (sighting markers) oraz gumiaki
 

Akcja: dwie rury zanurzone pół metra pod wodą, podtrzymywane przez bojki z butelek, jak ławica przepływa to widać ją na tle białych rurek, wtedy podbierak idzie w ruch i co się w nim pojawi, ląduje w wiadrze za plecami. Długość podbieraka i jego wielkość określona przepisami. Wiosłować można tylko z brzegu. Czemu te durne ryby nie płyną środkiem rzeki?
co wygodniejsze kamienie zajęte...




Whakatane

Po Maorysku wymawia się to "fakatane". Dawniej, purytańscy Anglicy wymawiali to jako "łakatane" i to "f" na wszelki wypadek zapisali jako "wh",  żeby złego nie kusić i żeby mieć wytłumaczenie dla tego ich "ł" zamiast "f". Jednak najbardziej podoba mi się amerykański głos z syntezatora mowy w moim telefonie, który oczywiście wymawia to jako "łakatejn". Bomba.

Prawie centrum, przed południem dnia powszedniego

No więc Whakatane to przesympatyczna dziura. Jak już chyba wspominałem najkrócej opisuje ją krótkie stwierdzenie:  "no traffic lights there" . Faktycznie, brak w mieście sygnalizacji świetlnej, która jest totalnie zbędna. Wszystkie większe skrzyżowania to ronda, a ruch na nich żaden. Wnikliwi, którzy obejrzą sobie Whakatane na Google Earth lub Google Maps przekonają się szybko jak to małe miasteczko wygląda, bo to i zdjęcie satelitarne i zdjęcia zwykłe zamieszczone przez konkurencję można tam znaleźć.
Bliżej centrum...
A dla nas Whakatane to taka mała, fajna i cicha baza. Znamy tu już sporo ludzi, a pewnie całe miasteczko zna nas. W końcu jesteśmy tu stosunkowo egzotyczną parą (brak jakichkolwiek innych Polonusów) i to na dodatek na dość prominentnym stanowisku.

Trzy czy cztery lepsze restauracje prawie codziennie mają pełne obłożenie (powinniśmy chyba jednak otworzyć Polską). Jest w zasadzie wszystko, co potrzebne do życia, ale nie ma tłoku i pośpiechu. Jeśli chcemy zobaczyć trochę wielkomiejskości to jedziemy do Rotorua lub Tauranga. Tam jest już trochę więcej zgiełku, knajp i rozpusty, ale tylko trochę. Jak chcemy się naprawdę "zeszmacić" (jak mawiał nasz niezrównany kolega Darek zwany Łukaszem) no to trzeba grzać do Auckland. Tam jest już wszystko: "sex'n'drugs'n'rock'n'roll" (jak mówi stara pieśń).
Główne nabrzeże portowe, w oddali za czerwonym daszkiem (pod którym trzymane są reprezentacyjne canoe najważniejszego lokalnego plemienia Ngati Awa) jest rampa do wodowania łodzi

No a u nas, w Whakatane, mamy porcik w ujściu rzeki. Jednym z głównych elementów portu jest publiczna rampa do wodowania łodzi, która robi się całkiem zakorkowana, głównie w weekendy ale często również w dni powszednie. Powód jest prosty. W zasadzie prawie każdy posiada tutaj łódź motorową i wędkarstwo jest jednym z głównych zajęć towarzyskich. Tylko tacy frajerzy jak my (na razie) kupują ryby w supermarketach. Reszta łowi sobie sama i to nie są jakieś tam rybki tylko rybska. No więc jak pogoda jest ok, fale w ujściu rzeki nie za duże i odpowiednia pora przypływu czy odpływu, kilkadziesiąt łodzi próbuje się zwodować na raz i przy rampie jest tłok. Potem samochody z pustymi przyczepami czekają na wielkim pustym parkingu a wielka flotylla motorówek rusza na łowy. A w kolejnym dogodnym momencie wszyscy na raz wracają i znowu tłok się robi przy rampie. I to właśnie ta rampa i jej okolice, w pewnych okresach, są najbardziej zatłoczonym miejsce w mieście.

Łódki woduje się parami...co widać po mokrych śladach odprowadzanych na parking przyczep
A na parkingu też tłoczno... wszyscy już na rybach

W górę biegu rzeki jest nabrzeże dla bardziej prominentnych łodzi, których już na przyczepie wozić się nie da. Stoi tu trochę łodzi obsługujących różne urządzenia i pławy morskie, kilka większych łodzi oferujących wożenie na ryby za pieniądze i łódź naszego Council'a obsługująca urządzenia portowe tutaj i w Ohiwa Harbour (na drugim końcu Ohope Beach).

Flota cięższa a na lewo Fishing Club i knajpy portowe

  Prym wiodą tu dwie duże łodzie firmy White Island Tours, które zabierają hordy turystów na wycieczki tamże (White Island to ten wulkan wystający z wody na horyzoncie). Gawiedź wsiada na łódkę, gna 40 km po falach oceanu, głownie zarzygując pokład i okolice. Czasem przewieszona przez reling dostrzeże wieloryba czy delfina, ale tak na prawdę to marzy o szybkiej i bezbolesnej śmierci (choroba morska ma trzy stopnie: pierwszy, kiedy boisz się, że zaraz umrzesz; drugi, kiedy zaczynasz marzyć by umrzeć; i trzeci kiedy żałujesz, że jeszcze nie umarłeś). Potem gawiedź sama schodzi, a czasem błaga by ją znieśli na wyspę (aby trochę odetchnąć od rzygania). Tam szuka ukojenia w oparach siarkowodoru. Potem, zaganiana pejczami i psami, bardzo niechętnie wsiada z powrotem na łódkę, a na nabrzeżu w Whakatane czekają już karetki, które rozwożą wszystkich do ich moteli.

Nie, nie - żartowałem. Nie jest tak źle. W normalny dzień cała ekipa wraca uśmiechnięta. Sam widziałem. Ze dwa razy. :-)

Jeszcze szczęśliwi... dopiero wypływają


Jak przyjedziecie to zabierzemy Was na White Island własną łódką. Przynajmniej będziemy mogli w porę zawrócić ;-). Problem tylko taki, że nam niestety nie wolno lądować na White Island, tylko oni i specjalne drużyny naukowców mają na to pozwolenie. Więc z nami możecie wyspę pooglądać z łódki, ale jak chcecie wejść do krateru to niestety, ale z nimi.

Zaraz przy nabrzeżu, skąd odpływają ci nieszczęśnicy, znajduje się jedna z lepszych rybnych knajp, klub wędkarski (też z knajpą) i Wally's fish'n'chip shop. Wally to wredna papuga, która uwielbia siedzieć ci na ramieniu i bezczelnie rozwalać ci swym krogulczym dziobem małżowinę uszną. Też przesadzam. Wally jest w porządku. Mojego ucha nie ruszył ( ale za to próbował rozmontować mój zamek błyskawiczny - dla wnikliwych zamek był w bluzie).

Wally's Fish'n'Chip Shop
... i tytułowy Wally próbujący dobrać się do mnie


Idąc dalej w górę rzeki mamy nabrzeże mini mariny Yacht Clubu, a potem to już tylko ścieżka wzdłuż wałów przeciwpowodziowych.

Yacht Club Whakatane. Na froncie zwykle stoi katamaran Barry'iego ale tym razem gdzieś sobie popłynął...
A przepraszam, jest tam jeszcze skateboarding park, na którym młodzież szaleje na wszelakich urządzeniach wyposażonych w kółka: BMX-ach, hulajnogach, skateboardach wszelkiej maści, rolkach, wrotkach itp. Niektórzy są na prawdę dobrzy.


Rollerskate park ... zdjęcia kaskaderskie przy innej okazji....
Jeszcze kawałek dalej jest całkiem spory tor takiej mini kolejki, co to się siada na małych wagonikach i toto jedzie, dyszy i dmucha, a żar z rozgrzanego jej brzucha bucha.



Dworzec Centralny w Whakatane
Tor kolejki wiedzie wokół mini amfiteatru, który czasem używany jest do różnych artystycznych mini spektakli (które pewnie co chwile przerywane są przejazdem roześmianej gawiedzi w kolejce co to dyszy i dmucha...
Amfiteatr z atrakcją kolejową

No i teraz dalej, w górę rzeki, to już tylko ścieżka faktycznie, całą drogę aż do jedynego w mieście mostu, który prowadzi na zachód, w kierunku Rangitaiki Plains a dalej w kierunku Taurangi, Rotoruy i Kawerau.

No to przeszliśmy się wzdłuż miasta, wzdłuż prawego brzegu rzeki. Niedługo zabiorę Was na wycieczkę po centrum.

24 października 2012

Pudelek kłamie....


 
Wbrew plotkom rozpowszechnianym na kilku renomowanych portalach wcale nie zjedli nas ludożercy ani nie zasypał nas popiół wulkaniczny. Po prostu, jak mówi stare polskie przysłowie: "nie miała baba kłopotu - kupiła sobie dom". Znaczy kłopotów to na razie nie widać, ale końca roboty też nie. Tak więc - " by popular demand" - nie będę Was zanudzał pisaniem, ale pojadę ostro ze zdjęciami, które ilustrują tę trudną sytuację, jaką powoli staramy się opanować.

Jeszcze niedawno nasz garaż wyglądał tak.... co pięć minut przewalałem te pudełka, żeby coś znaleźć - no i pudełek powoli ubywało...
Dziś garaż wygląda trochę lepiej, umeblowany został wykwintnie, wszelkimi szafami i szafkami, stoi tu nawet nasza nowiutka lodówka (czeka na przeróbki w kuchni, bo jest klempa za duża). Cośmy się naklęli, kładąc tę wykładzinę, to nasze. Kupiliśmy taniochę i się nam marszczyła, no ale w końcu to tylko garaż, a wygląda jednak nieco lepiej niż ta poplamiona sklejka. Na prawej krawędzi zdjęcia dzieło ostatniej niedzieli - jeżdżący stojaczek pod silnik do naszego pontonu, który (znaczy silnik) jest ciężki i zawsze mi kręgosłup chrzęści jak go dźwigam, więc będzie teraz jeździł na stojaczku. A poza tym, dzięki stojaczkowi mogłem wykonać bezproblemowo wymianę olejów i zanurzyć go w beczce z wodą celem rozruchu i sprawdzenia czy jeszcze po tej podróży w kontenerze (do góry nogami) zadziała. Wykonałem również stół warsztatowy (niewiele go widać, ale co tam) a biurko Samanthy jest jakby stworzone do drobnych prac elektroniczno - klejniczych.
Urządzanie kuchni i jadalni przeprowadzała siła fachowa, która do dzisiaj nie może mi wytłumaczyć logiki co i gdzie zostało umieszczone na półkach, szufladach i schowkach. No ale ja już robię postępy. Już mniej więcej wiem gdzie znaleźć talerze, czasem trafiam na kubki, zupełnie bezbłędnie znajdują szufladę ze sztućcami i tylko nigdzie nie mogę znaleźć mikrofalówki. Ineczka mi ostatnio wyjaśniła, że została w Zalesiu, a tutaj jeszcze nie kupiliśmy, ale ja nie daję za wygraną i wierzę, że ją kiedyś znajdę - bez kupowania. Dla wnikliwych: Ineczka zajmuje się prostowaniem trzydziestu tysięcy arkuszy papierów, w które całe to badziewie było pozawijane, a które wymagały rozprostowania, bo w formie zmiętej, nigdy byśmy ich nie pomieścili - nawet w garażu.
Ineczka, kochana robi dobrą minę do złej gry. Zresztą widać, że ten uśmiech raczej nieszczery, prawda?
Gabinet, w którym aktualnie piszę, wyglądał jeszcze dwa tygodnie temu tak....
Teraz zaczyna już wyglądać trochę jak gabinet, choć jak widać jeszcze trzeba łokciami sporo rzeczy po biurku rozepchnąć, żeby dostać się do klawiatury
Kompleks kuchenno-jadalno-tarasowo-salonowy wygląda już nieco lepiej choć ilość foteli i kanap, które przyjechały z Zalesia, stwarza nastrój lobby hotelowego. Zdecydowaliśmy jednak nic nie wyrzucać, no bo liczymy na tabuny gości utrudzonych długą drogą.
Pianinko zostało wciśnięte w róg, bo już zupełnie nie było go gdzie wstawić. A o mały włos mielibyśmy jeszcze w garażu fortepian..... :-)
Z kanap w salonie to nawet wygląda nieźle (szczególnie w szerokim obiektywie)
Na tarasie jest nieźle, na horyzoncie nasza Whale Island...
A jak wyjżeć przez balustradę to na pierwszym planie nasz ogród, a dalej, ta trawa, to lokalny skwer, wdłuż którego płynie sobie pod krzaczkami niewielki strumień. Na tymże strumieniu, który na koniec, niewielkim wodospadem wpada w środek miasta, zbudowane są trzy zapory retencyjne, żeby spowolnić spływ wody i nie podtapiać miasta. Tak więc podczas dużego deszczu przez godzinkę lub dwie miewamy pod oknami widok na dodatkowy akwen wodny, tworzący się powyżej widocznej w oddali tamy. Problem tylko taki, że dzieje się to zwykle w czasie takiej pogody, że normalni ludzie siedzą przed telewizorami z kubkiem herbaty - tylko inżynierowie, odpowiedzialni za ochronę przed powodzią gapią się przez okno...
A grając sobie na pianinku, na wschód mam taki widok (poprzez drewniane ptaszki)...
A Ineczka, zmęczona rozpakowywaniem (i moim kaleczeniem pianina) ma już dosyć...
...właśnie posadziła pierwsze zieleninki w donicach na tarasie....
...i pomagała mi dzielnie powiesić to cholernie ciężkie lustro przy wejściu....
...które to wejście udekorowane zostało komódką z Samanthy pokoju.
No a teraz to już oboje marzymy tylko o naszym sławnym, wodnym lóżeczku, które w te chłodne noce daje nam cieplutki komfort.
No, to już wiecie, dlaczego tak długo nie pisałem. Teraz będę się starał nadrobić wszystkie błędy i wypaczenia.

















12 października 2012

Hakuna Matata


Ja wiem, ja wiem - ci, których od dawna już te wypociny nużyły nie będą tego czytać, ale Wy wierni czytelnicy przyjmijcie słowa skruchy. Urządzanie domu spowodowało brak napływu nowych materiałów i brak czasu na pisanie (jak również i warunków). Przecież nie będę Wam pokazywał kolejnych zdjęć nowo złożonej szafy czy biurka. Jesteśmy już pomału na etapie wieszania pierwszych obrazów, ale graciarni jeszcze we wszystkich kątach pełno. Więc nie o tym.
Dziś będzie jak w tytule. Hakuna Matata! Myślę, że większość pamięta tę śpiewkę z Króla Lwa. Dla przypomnienia http://www.youtube.com/watch?v=ejEVczA8PLU
No więc nie, nie chodzi o „problem free philosophy” lecz o miejscowość Matata, która leży około 30 km na zachód od Whakatane i jest jednym z tych miejsc, które pochłaniają sporo mojego czasu jako szefa od infrastruktury naszego dystryktu.
Nad laguną w Matata
 
Matata to licząca około 240 dymów osada, usytuowana na zachodnim końcu Rangitaiki Plains (czyli takich tutejszych mini Żuław), poprzez które wpływają do Bay of Plenty trzy większe rzeki. Miejscowość leży sobie ładnie, wzdłuż piaszczystej plaży, u podnóża niewielkiego masywu górek. Od plaży i wydm odgradza ją błękitna laguna (takie jezioro trochę jak nad Bałtykiem). Matata to typowa dla tego regionu osada, gdzie około połowa populacji to rdzenni Maorysi a reszta to biali, którzy pomału zaczęli się tu osiedlać. Na początku lat 2000 zapowiadało się, że dzięki pięknemu położeniu Matata powoli zacznie przekształcać się w miejscowość letniskową (taką jak Ohope), ceny działek rosły, powstawało coraz więcej ładnych domów letniskowych i przeprowadzało się tu coraz więcej emerytów. Zapowiadało się, że będzie tu "Hakuna Matata" ale 18 maja 2005 roku sporo się zmieniło.
W nocy z 17 na 18 maja zaczęło padać i popadało mocno aż do południa. Trzy strumienie wypływające ze wspomnianych górek wezbrały znacznie, lekko podtopiły to i owo, ale raczej nikogo to nie zdziwiło – w sumie normalka. Po kilku godzinach przerwy około 16:00 nad górkami nastąpiło coś, co nazywamy oberwaniem chmury. Bardzo skoncentrowany deszcz o niebywałej intensywności. Obliczono, że był to tzwn deszcz 200-500 letni. Po pół godzinie deszcz zaczął słabnąć, ale ze zlewisk strumieni na Matatę runęły tysiące metrów sześciennych – tyle, że już nie wody ale skał, kamieni, błota, drzew i wszelkiego badziewia. Nie wiem, jak się to fachowo nazywa po polsku ale jest to takie zjawisko, gdy poprzez dolinę górską zaczyna płynąć tyle wody i w takim tempie, że wszystko zostaje wypłukane i zawieszone w wodzie. Cała ta masa posuwa się w dół dużo szybciej niż normalna fala powodziowa, bo jest bardziej podobna do lawiny.
Poniżej wylotu doliny strumienia Awatarariki
 

No i zrobił się niezły bałagan.  To, że nikt nie zginął to raczej cud i wynik tego,  że sporo domów w maju stało raczej pustych (początek tutejszej zimy). Z 240 domów prawie jedna trzecia została uszkodzona, droga krajowa zasypana, linia kolejowa zawalona, mosty gdzieś w ogóle zniknęły. Około 700-800 tysięcy metrów sześciennych tego dziadostwa w środku wsi i w pięknej lagunie, razem z domami, łodziami, samochodami itd. No jaja.
Się porobiło...woda przyniosła kamienie do czterech metrów średnicy
 
Piękne domy z widokiem na morze
 
Afera oczywiście na skalę krajową, premier, oficjele, helikoptery, obietnice pomocy itd. No i nasz dzielny District Council też się przejął swoimi podatnikami i powołał sztab kryzysowy, który od samego początku, łącznie z radnymi podjął kilka brzemiennych w skutki decyzji. Mianowicie, miast posłuchać lokalnych Maorysów (którzy wcześniej ostrzegali, że takie rzeczy się tu zdarzają co  kilkadziesiąt lat) wymyślili, że przywrócimy wszystko do poprzedniego stanu, zasiedlimy z powrotem ten zmieciony z powierzchni ziemi teren (no bo tam były przecież działki warte ciężkie miliony) a przed następnym takim kataklizmem to wszystko zabezpieczymy, jakoś….
Wylot doliny strumienia Waitepuru
 
No i faktycznie, po wielkiej akcji oczyszczania, pozwolono ludziom odbudować domy poniżej wylotu dolin strumieni. U wylotu doliny jednego z mniejszych zbudowano wielki basen, który ma niby wyłapać w przyszłości taką lawinę i skierować wodę i lżejsze badziewie poza wieś (kto te setki tysięcy metrów sześciennych potem wywiezie, gdzie i za ile to nie bardzo wiadomo).
Jednak na tym największym strumieniu, zwanym Awatarariki, panowie inżynierowie polegli. Szukali jakiś rozwiązań po świecie i wymyślili, że zastosują taką elastyczną siatkę z wielkich stalowych pierścieni, którą rozciągnie się w poprzek doliny strumienia i jak taka lawina nastąpi to woda sobie przez nią popłynie a skały i badziewie się zatrzyma jak na wielkim sicie. Takie rozwiązania owszem stosuje się na świecie, ale na dużo mniejszą skalę. Tutaj wychodziło, że taka sieć musiałaby mieć 17 metrów wysokości i ze 30 szerokości a zakotwienie jej w zboczach doliny wymagałoby bloków porównywalnych z kotwami Golden Gate (przesadzam, ale tylko trochę). Im dłużej chłopaki kombinowali z projektem tym bardziej cena rosła. Aż wreszcie ktoś rozsądny zadał pytanie: no dobra, jak już to zbudujemy i załóżmy, że zanim to wszystko przerdzewieje, za 50 lat powtórzy się taki kataklizm to co potem? Co potem zrobić z tym badziewiem złapanym w tę sieć? 500 tysięcy metrów sześciennych rumowiska w kanionie – trzeba to usunąć przed kolejnym większym deszczem.
Taką sieć chciano zbudować na Awatarariki aby złapać to wszystko co widać na pierwszym zdjęciu
 
No i wreszcie puknięto się w głowę, że zatrzymywanie takiego kataklizmu to raczej tak jak próba zatrzymania tsunami albo trzęsienia ziemi. Owszem, można wybudować wzdłuż wszystkich plaż mury na 20 metrów wysokie i odpowiednio silne tylko za co i czy aby na pewno nie chcemy widzieć już morza. Natura jest od nas silniejsza i trzeba się z nią liczyć, ale walczyć z nią nie ma sensu. Trzeba znaleźć inne rozwiązania i zrezygnować z szalonych projektów.
To właśnie między innymi dlatego Marty ściągnął mnie tu do Whakatane – żeby krytycznie spojrzeć na te wszystkie szaleństwa i znaleźć jakieś rozsądne rozwiązania, na które będzie lokalną społeczność stać.
Ciekawą mam robotę, prawda?
Hakuna Matata.