Szukaj na tym blogu

07 sierpnia 2024

Nowy Blog!

Wierni czytelnicy z pewnością zauważyli, że mój oryginalny blog dostał czkawki. 

Przejście na emeryturę, wyprowadzka w nowe miejsce, budowa nowego domu, nieustanne urządzanie się w nowym gniazdku, 4000 metrów kwadratowych nowej działki do obrobienia, wszystko to spowodowało, że mój stary mocno osobisty blog stracił wigor. Próbowałem go kilka razy ratować, ale jakoś już to nie idzie, 

Natomiast zauważyłem, że jest sporo osób zainteresowanych  coraz bardziej co najmniej wizytą a może i nawet przyjazdem tu na stałe. Kilka ostatnich postów informacyjnych zrobiło się całkiem popularnych i w związku z tym donoszę, że powstał właśnie nowy nasz blog zatytułowany Nowa Zelandia Przewodnik Subiektywny . Znajdziecie tam kilka lekko zmodyfikowanych i uaktualnionych postów z tego bloga, ale moją intencją jest rozwinięcie nowego bloga tak, by stał się pomocnym narzędziem dla tych, którzy myślą o przyjeździe tu turystycznie, na przedemigracyjny rekonesans, czy po prostu chcą się dowiedzieć konkretów na temat Nowej Zelandii i całego regionu.

Do zobaczenia na nowym blogu a jeśli interesują was bardziej osobiste doznania z naszych ostatnich 12 lat pobytu tutaj to w tym blogu jest sporo do czytania również choć pewne linki i informacje z czasem stają się nieaktualne. 

Pozdrawiam. 


18 stycznia 2021

Jedynie w Nowej Zelandii

 Dzięki temu, że COVIDA mamy tu pod kontrolą Nowa Zelandia jest aktualnie jednym z niewielu krajów, gdzie można swobodnie rozgrywać zawody sportowe, bez masek i z publicznością. Miejmy nadzieję, że stan ten utrzyma się dalej, bo właśnie większość krajów znów zamyka granice w związku z nowymi mutacjami wirusa. W lutym ma być rozgrywany Melbourne Tenis Open, specjalnymi charterowymi samolotami ściągnięto już większość zawodników i działaczy, ale okazało się, że przywieźli ze sobą wirusa i wszyscy ciupasem zostali zamknięci w kwarantannowych hotelach, bez możliwości treningu itd. Afera robi się coraz większa, bo starając się nie wpuścić do kraju najnowszego mutanta z Anglii Australia odmawia prawa powrotu nawet swoim obywatelom i zamyka lotniska, a tu wielcy sportowcy nie dość, że zostali wpuszczeni to jeszcze narzekają…Kupa śmiechu.

Nie do śmiechu natomiast było wczoraj amerykańskiej ekipie w zawodach o America's Cup. Po kilku dniach flauty przywiało wreszcie solidniej i nierówno. Chłopcy prowadzili w starciu z Włochami, ale niestety dostali szkwał na zwrocie i się położyli. Mało tego, w dnie wybili dziurę i o mały włos byliby łódkę zatopili. Na szczęście to dzieje się w Auckland, stolicy żeglarstwa i jakoś z pomocą innych zespołów i ekip ratowniczych udało się łódkę utrzymać na wodzie i odholować do portu. Teraz mają tydzień na zbudowanie niemal nowej łódki i ciągle szanse na dalszy udział w eliminacjach tak, że będą harować jak woły.

Tu można to obejrzeć.

https://youtu.be/S5K23GpiQCw


Na razie....

20 grudnia 2020

Krok po kroczku, idą Święta a w tle America's Cup World Series

Niestety nie wiem, jakie jest oficjalne polskie tłumaczenie tego, co w tytule, ale to oficjalna nazwa trzydniowej serii regat, która właśnie wczoraj zakończyła się wygraną ekipy Nowej Zelandii. Hip, hip, hura! Tutaj możecie sobie obejrzeć widła podsumowujące poszczególne dni. 

https://www.americascup.com/en/relive/3_Day-3

Jak wspominałem w poprzednim wpisie, te wprawki są dla wszystkich ekip pierwszą możliwością przetestowania tych prototypowych łódek zanim prawdziwa walka o Puchar zacznie się w styczniu. Na razie jest dobrze. Trzymamy kciuki dalej. 

A tym czasem "krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta, idą Święta". 

W Nowej Zelandii atmosferę Bożonarodzeniową czuć jedynie w sklepach. Domy i ulice też niby obwieszone są światełkami i innymi ozdóbkami, ale jest tu pewien problem. Otóż przeciętny Kiwi chodzi spać dobrze przed 22:00, większość w okolicach 21:00. Ciemno o tej porze roku robi się około 21:30, więc niewielu te światełka ogląda. No ale cóż...światełka muszą być, żeby Św. Mikołaj trafił, gdzie trzeba.

U nas na wsi, w Coopers Beach, nadejście świąt sygnalizują obsypane kwiatami pohutukawy, zwane przez Anglików Christmas trees (z uwagi na fakt, że kwitną zawsze w tym okresie). Są to piękne, nadmorskie, rozłożyste drzewa, których gałęzie często zwisają wzdłuż plaż i nadbrzeżnych skał umacniając brzegi i dając wspaniały cień plażowiczom.  

Inka u stóp rozkwitającej pohutukawy



Tak, że naturalne choinki nad plażami już są, a to jest ważne, bo główne świąteczne aktywności tam właśnie się rozgrywają. Boże Narodzenie to oficjalny początek letnich wakacji, które potrwają do końca stycznia i większość Kiwis pakuje wałówkę i sprzęt turystyczny i udaje się świętować na łono przyrody. Najpierw Boże Narodzenie, potem Nowy Rok. Impreza za imprezą i głównie na plaży. Na szczęście stosunek ilości plaż do liczby ludności jest u nas bardzo korzystny.

Jedna z mocno zatłoczonych plaż w okolicy

 
Na campingu w Hauhora Heads

dla tych co nie lubią piasku

No i tak wyglądają świąteczne stoły. 

Lockdown, nie lockdown polecam zachwycać się polskimi świątecznymi nastrojami, bo tutaj raczej trudno je odtworzyć, w środku lata i w takiej scenerii. Co roku staramy się przynajmniej stworzyć namiastkę przyjęcia wigilijnego. W zasadzie wszystkie składniki (oprócz karpia, którego i tak nigdy nie lubiliśmy) można kupić i wszystko upichcić. Problem w tym, że w tej scenerii, środku lata to wszystko zwykle wychodzi raczej blado i wcale tak świetnie nie smakuje. Lepiej jest razem z innymi jechać na plażę. 







16 grudnia 2020

Wariackie wyścigi wielkich wodolotów

Teraz widać jak to dobrze, że w 2017 wygraliśmy w końcu ten "stary kubek", bo przynajmniej teraz regaty o Puchar Ameryki mogą się w miarę spokojnie odbyć w stosunkowo wolnej od pandemii Nowej Zelandii. Przywilej goszczenia zawodów przypada bowiem aktualnemu mistrzowi. Nam też przypadł trzy lata temu przywilej ustalenia, na jakich łódkach następne zawody będą rozgrywane. Poprzednio, jak może pamiętacie, były to katamarany. Latające jak wodoloty, ale dwukadłubowce. Tym razem wymyśliliśmy, że trzeba wrócić do korzeni, czyli jednokadłubowców, no ale ciągle wodolotów. 

Wariactwo. Te 21 metrowe łódki przy byle wietrze rozpędzają się do 30-40 węzłów a przy normalnej powiedzmy "piątce" będą posuwać ok 60. węzłów. (dla nie-żeglarzy to ok. 115 km/godzinę). Już teraz sędziowskie i trenerskie łódki motorowe mają trudności z dorównywaniem im prędkością. Patrzę na zdjęcia z treningów z niedowierzaniem i zgrozą. Mam nadzieję, że w ferworze prawdziwej walki nic się nikomu nie stanie, bo nie dość, że prędkość olbrzymia (a hamulców tarczowych raczej te łódki nie mają) to jeszcze wymachują one tymi "hydro-szczudłami", a to wyciągając je z wody, a to znowu opuszczając. 

W każdym razie od jutra (17 grudnia) rozpoczynają się pierwsze poważne wyścigi trójki challengerów i naszej nowozelandzkiej łódki w ramach bożonarodzeniowych przedbiegów. Potem w styczniu nastąpi wyłanianie wśród trójki challengerów tej jednej ekipy, która będzie się bić z nami o puchar w marcu. Obgryzamy pazury, bo wszystkie cztery łódki to w zasadzie prototypy, które w ciągu całej tej serii wyścigów będą na bieżąco (często po nocach) udoskonalane. A jak się, która mocniej podniszczy czy przez kolizję, czy wywrotkę to trzeba będzie szybko ją odbudować. 

Będzie co oglądać. 

Oto zwiastun tego, co przed nami.

https://www.youtube.com/watch?v=Oz0TaVH_P3g





14 grudnia 2020

Ku pokrzepieniu serc....

No ale się porobiło! Po długiej przerwie wracam do pisania. Witam starych czytelników, jeśli jeszcze gdzieś tam są, a kto wie, może i kilku nowych się załapie.



Trzy lata temu odstąpiłem od pisania, bo nie chciałem by ten blog stał się moim lamentem na temat tego, co działo się w Polsce - a już tylko takie tematy przychodziły mi wtedy do głowy. Wydawało mi się, że każdy "pacyficzny" temat poruszany przez mnie w obliczu krajowej rzeczywistości był jakiś taki miałki. No i co? Jak się okazuje mocno tragizowałem. To co się wtedy działo to pryszcz w porównaniu z dniem dzisiejszym.  Pandemia, Czarnek, Przyłębska, nawet Trójkę udało się sprawnie ukatrupić. Polska znowu, jak za komuny, poza marginesem zachodniego świata, ale też już nawet bez "braci" z Układu Warszawskiego u boku. A przepraszam z jedynym już tylko bratankiem - Wiktorem, bo Trumpa wreszcie chyba udało się wyeliminować. Dobrze, że przynajmniej Łukaszenka wyciąga pomocną dłoń. I czym ja się wtedy martwiłem?

No ale są również i pozytywy aktualnej sytuacji. Przede wszystkim, jak za komuny, rozkwitły nam znowu kabarety i poczucie humoru.  Znowu jest się z czego śmiać, bo nadęci rządzący są wyśmienitym tematem do robienia sobie z nich jaj. Cenzura znowu kwitnie i jak dawniej trzeba się bawić w chowanego. Chłopaki z Mysiej i szefowie komuszych radiokomitetów mogliby się wiele nauczyć od ich dzisiejszych następców. No ale najlepsze jest to, że dzięki cioci Przyłębskiej młodzież wreszcie się ocknęła i dotarło do niej, że jednak trzeba się zainteresować polityką, obnażyć tzw. autorytety i powiedzieć babciom i ciociom, żeby spadały same na mszę jak koniecznie ciągle muszą a młodym d...y nie truły. 

No ale to jeszcze długa droga i kto wie jak to się wszystko skończy, jeśli miłościwie panujący nam Adrian mówi bez zająknięcia o historycznej roli rydzykowego radia i telewizji. 

No i w związku z tym wszystkim doszedłem do megalomańskiego wniosku, że jak Sienkiewicz zacznę znowu pisać -  "dla pokrzepienia serc". Jak śpiewał Wojciech Młynarski "róbmy swoje może to coś da, kto wie". Może wieści z tak daleka kogoś młodego natchną i powstanie w końcu jakaś rozsądna alternatywa dla ciemnogrodu w tej naszej ojczyźnie.  

Na razie podróżowanie po świecie mamy mocno ograniczone więc może parę nowych opowiastek z naszego regionu miłym sercu Wam będzie. A kto wie, za rok za dwa, jak świat trochę znormalnieje dacie radę się w nasze okolice wybrać to i zaskoczeń mniej będzie. Ostatnio poleciał bowiem komentarz od jakiegoś rozczarowanego młodziana, że głodny był tutaj, jedzenia normalnego było mu brak, a jeszcze na dodatek wszędzie pełno Niemców....



A więc do rzeczy. 

Najpierw słów kilka o pandemii w Nowej Zelandii. Mimo tego, że kraj ten niewiele mniejszy jest od Polski co do powierzchni, to jednak jest nas tu tylko ciut mniej niż 5 milionów no i dzieli nas od świata sporo wody. Granice są więc łatwe do kontroli. Żadnych murów budować nie trzeba. Wystarczy zamknąć lotniska i porty i COVID może nas cmoknąć... Takie proste to jednak nie jest, bo i cargo musi płynąć, a "kiwis" to naród mobilny i sporo z nich zostało w świecie, gdy pandemia na wiosnę wybuchła.  Wypadałoby więc wpuścić ich teraz z powrotem do domu.

No ale po kolei. Jak i na całym świecie pierwsze przypadki zaczęły się u nas pojawiać pod koniec lutego, gdy Włochy i Hiszpania były już w czarnej d..... tzn. w poważnych tarapatach. Gdy liczba przypadków zaczęła i u nas lekko rosnąć nasz rząd nie czekał ani chwili tylko zamknął granice i przy kilkudziesięciu przypadkach dziennie wprowadził pełny narodowy lockdown, który trwał bite 10 tygodni. Wszyscy siedzieli w domach, mogli wychodzić na spacer tylko w swojej okolicy, samochodem można było tylko pojechać na zakupy do wyznaczonych supermarketów. Wszystko inne było zamknięte, tylko służby utrzymania ruchu w pracy. Wprowadzono również nieobowiązkowe apki na telefony do śledzenia naszych ruchów. Ten system działa do dziś. W każdym przybytku wywieszony jest jest kod QR, który apką się skanuje. Dzięki temu wiesz gdzie i kiedy byłeś. Jeśli w tym samym miejscu był człowiek, który dostanie COVIDA za parę dni to apka cię o tym poinformuje i poprosi abyś poszedł na test. Od dzisiaj ta apka będzie jeszcze bardziej udoskonalona i będzie nie tylko wprowadzać informacje o twoich ruchach, ale również będzie się poprzez bluetooth wymieniać z innymi naokoło ciebie w czasie rzeczywistym i gdyby się okazało, że jakaś zarażona osoba była trzy dni temu w zasięgu twego Bluetootha, to zostaniesz o tym powiadomiony i poproszony o pójście na test. I wiecie co? W naszym kraju, w którym ufa się rządowi prawie nikt nie protestuje. 

Dzięki lockdownowi, ale również wprowadzeniu szybko całkiem sprawnego śledzenia kontaktów, na początku czerwca nie było już żadnych przypadków zakażeń wśród społeczeństwa. Od tamtego czasu mamy w zasadzie tylko po kilka przypadków dziennie wśród ludzi powracających do domu ze świata. Wszyscy oni są po przylocie zamykani w przymusowej, płatnej kwarantannie, w wyznaczonych hotelach i wypuszczani po dwóch tygodniach jeśli testy mają negatywne. Tak więc od czerwca jesteśmy zupełnie wolni. Wszystko jest otwarte, możemy podróżować po kraju, balować i mieć normalne Święta. Nie mamy co prawda setek tysięcy zagranicznych turystów, którzy normalnie napędzali gospodarkę, ale kiwis też nie mogą nigdzie wyjeżdżać więc zamiast wydawać pieniądze za granicą wypełniają lukę po zagranicznych turystach w kraju. I wszyscy są szczęśliwi. 


No a my? My w międzyczasie rzuciliśmy pracę, sprzedaliśmy schedę w Bay of Plenty, kupiliśmy działkę na północnym czubku Nowej Zelandii i zaczynamy budować nasze kolejne gniazdo. Nasze nowe okolice na ilustracjach.

Ciąg dalszy niebawem....



 



17 grudnia 2017

Ryczące czterdziestki

Drodzy moi. Mimo najlepszych chęci jakoś nie potrafię się zmobilizować do ciągnięcia tego bloga dalej. Wydaje mi się, że aktualna formuła się już wypaliła i moje mentorzenie stało się nudne. Czas na coś nowego i w innym formacie. Planuję, że następny wpis będzie wpisem pożegnalnym, ale kto wie, może zaproponuję coś nowego.

W międzyczasie wielkimi krokami nadchodzą Święta, a zatem wszystkim wiernym czytelnikom życzę wspaniałych Świąt i Sylwestra wg upodobań, a w Nowym Roku samych sukcesów.

Poniżej krótka notatka z niedawnej wyprawy (lotniczej) w ryczące czterdziestki.

Buzi.


01 sierpnia 2017

Dwa cyklony w tydzień

Cyklony, huragany czy tajfuny to jedno i to samo. Takie przerośnięte tornada. Nazwa zależy od oceanu nad jakim się tworzą. Na Pacyfiku to cyklony. Nad Indyjskim to tajfuny, a nad Atlantykiem huragany. Bestie to raczej przewidywalne. Tworzą się podczas lata, kiedy woda w oceanie najcieplejsza. Największy szwung mają w okolicach zwrotników (tak od 10 do 30 stopni od równika) i tam sieją zwykle spustoszenie. Jak wpadną nad ląd, to odcięte od dopływu energi jaką czerpią z cieplutkiej wody w oceanie, dość szybko gasną, choć z reguły zdążą narobić szkód wiatrem i falami na wybrzeżu, a powodziami w głębi lądu. I jeszcze jedna ciekawostka - na północ od równika kręcą się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, a na południe od równika zgodnie ze wskazówkami.

Jak wspominałem w poprzednim wpisie wszyscy rozsądni żeglarze naszym latem albo żeglują sobie wkoło Nowej Zelandii, albo siedzą na kotwicy w w Bay of Islands i piją, ewentualnie jeśli nie zdążą uciec na południe to płyną na północną stronę równika, gdzie cyklonów w tym czasie brak. Na Hawajach, Wyspach Marshalla, Kiribati jest wtedy zupełnie bezpiecznie. Dalej na północ nie warto, bo tam wtedy przecież zima.

Wszystko to działa jak w zegarku i co roku, gdzieś w połowie kwietnia (koniec naszego lata) można przyjąć, że cyklonów już na Południowym Pacyfiku nie będzie, stawiać żagle i płynąć na Fiji, Samoa, Tonga, Vanuatu itd aby pochlapać się w ciepłej wodzie. Byleby nie przekraczać równika na północ, bo tam wtedy  przecież cyklony. Trzeba tylko wrócić do NZ najdalej w połowie października, bo z nadchodzącą wiosną cyklony wracają na tę stronę. No i tak co roku trwa ta gonitwa. Ciekaw jestem ile z tego zrozumieliście.

Ostatnie lato było bardzo spokojne. Prawie żaden cyklon nie utworzył się na Południowym Pacyfiku i gdy już brać żeglarska zaczęła się przymierzać do wyjścia w morze, na początku kwietnia, w zasadzie już prawie po sezonie, cyklony dostały szajby. Chyba ze trzy utworzyły się w bardzo krótkim okresie. Dwa dotarły aż do nas.

Najpierw dotarła do nas Debbie. Utworzyła się gdzieś koło Papuy Nowej Gwinei, najpierw spustoszyła północne Queensland w Australii, a potem przypomniała sobie o nas. Dmuchać już wiele nie mogła, ale wilgoci przyciągnęła sporo. Byliśmy właśnie z naczalstwem na strategicznej naradzie nad Jeziorem Tarawera (no wiecie, trzeba się od czasu do czasu strategicznie naradzić łapiąc ryby z dala od biura i telefonów). W pierwszy dzień (poniedziałek) zaczęło lać niemożebnie - z ryb nici, a rano we wtorek, moja żeglarska apka stwierdziła, że Debbie leci na nas pełną parą. Przerwaliśmy więc narady i w panice pognaliśmy do domu, no bo jakby to wyglądało gdyby całe naczalstwo było nieobecne podczas gdy dystrykt dewastowany jest przez cyklon. Dotarliśmy do Whakatane w samą porę, żeby pod wieczór otworzyć biuro obrony cywilnej tutaj zwane pieszczotliwie EOC czyli Emergency Operations Centre. A tu dopiero wtedy zaczęło poważnie lać. Wylało się na nas 240mm wody w 24 godziny.

EOC w sali narad
Z godziny na godzinę robiło się coraz mniej wesoło. Na ekranach w naszym EOC  mieliśmy podgląd poziomu naszej rzeki, która płynie przez Whakatane. Najwyższy historyczny, poziom zanotowany był 7,8 metra. Koło północy mieliśmy już 8 potem 8,2 potem  8,5 potem 8,6 potem 8,7.

Czy wały wytrzymają?
Włosy stawały nam na głowie, bo calutkie miasto leży na płaskim terenie pomiędzy wałami i pasmem wzgórz. Gdyby wały się przelały lub przerwały byłby spory kłopot. Wały wytrzymały i nad ranem pomalutku woda zaczęła opadać.

Niestety o 8 rano nagle gruchnęła wiadomość, że w niewielkim miasteczku Edgecumbe (nad inną rzeką) wały za chwilę puszczą i trzeba ogłosić ewakuację. Było już jednak za późno. Wały puściły niemal w tej samej minucie. Na szczęście ludzie właśnie wstali i zdołali uciec.  Jakimś cudem obyło się bez ofiar. Gdyby wydarzyło się to w nocy, po ciemku, mielibyśmy prawdziwą tragedię.
Wał broniący Edgecumbe nie wytrzymał i woda z rzeki wylała się do miasta
Miasteczko utonęło w mętnej wodzie
No cóż, kilkaset domów zalanych, miasteczko zdewastowane, trzeba się było wziąć ostro do roboty. Na szczęście za ochronę powodziową i wały odpowiedzialna jest inna organizacja, a nie my, więc mogliśmy się skupić na udzielaniu pomocy raczej, niż zastanawianiu się jak się z tego bałaganu wytłumaczyć. Ogłosiliśmy w dystrykcie stan wyjątkowy, zjechało się z całej NZ mnóstwo różnych fachowców (którzy lepiej by zrobili dając po prostu kasę, a nie mądrząc się) i ruszyła akcja pomocy powodzianom, usuwania bałaganu, oceniania strat, przyjmowania premiera, oganiania sie od dziennikarzy itd. itd. A w reszcie dystryktu też nie było wesoło.

Na drogach, w górach $10 milionów strat





Odciętym wsiom w górach trzeba było dowozić żarcie helikopterami

EOC działało teraz non stop. Zmienialiśmy się z Inką, żeby od czasu do czasu nakarmić w domu kota. Przez pierwszych kilka dni spaliśmy po dwie godziny. Niestety moja pogodowa apka, pokazywała, że dokładnie tydzień po Debbie dotrze do nas kolejny cyklon Cook. Nie chciało się nam wierzyć w takie szczęście, ale z każdym dniem prognoza była coraz bardziej precyzyjna. Debbie to była olbrzymia fala deszczu, a Cook miał dotrzeć jako prawdziwy cyklon, z 7 metrowymi falami, wiaterm do 160km na godzinę, podczas przypływu (czyli zalewając domy nad brzegiem) no i z deszczem. Na kilka godzin przed jego nadejściem ciągle nie było wiadomo którędy przejdzie oko. Przeszło jakieś 80 km od nas na zachód. Na szczęście ani fale nie były tak dewastujące ani deszcz zbyt wielki. I dobrze, bo w przeciągu pół godziny mieliśmy zwalonych setki drzew i lini energetycznych. To oznaczało, że wszystkie nasze pompy i oczyszczalnie i stacje uzdatniania wody stanęły i zaczęło się nerwowe przestawianie generatorów od stacji pomp do stacji, żeby miasta nie utopić za przeproszeniem w gównie i zapewnić jakie takie dostawy wody. Łatwo nie było, ale się udało. Znowu seria nieprzespanych nocy. No a  potem wielka akcja oczyszczania miasta.



Ech, ciężkie jest życie magistrackiego urzędnika.

22 lipca 2017

Zatoka Wysp czyli kolejne relacje żeglarskie

Zrobiło się tego bloga sporo. Już nie pamiętam o czym pisałem, a o czym nie. Najwierniejsi czytelnicy pewnie też nie pamiętają, więc zaryzykuję trochę powtórek.

Zatoka Wysp czyli Bay of Islands to najlepszy akwen żeglarski w Nowej Zelandii i mekka żeglarzy obierzyświatów. Tutaj można się bezpiecznie przechować przez okres cyklonów na Południowym Pacyfiku, wykonać niezbędne naprawy, pozwiedzać resztę NZ, a potem popłynąć dalej. Kiedyś, gdy będziemy mieli czas i kasę mamy nadzieję robić to, co robi spora rzesza lokalnej żeglarskiej braci, a mianowicie spędzać lato (okres cyklonów) w Nowej Zelandii, najlepiej w Bay of Islands, a na zimę wypływać w tropiki.



Mimo, że z perspektywy nowozelandzkiej Bay of Islands to raczej zadupie, ze względu na olbrzymią popularność tego regionu wśród międzynarodowej społeczności żeglarskiej, w porcie Opua,  jest nawet biuro straży granicznej, gdzie można odprawić się po lub przed rejsem zagranicznym. W Opua jest też spora marina i cały szereg warsztatów obsługujących jachty żaglowe i motorowe. Poza tym w całej Bay of Islands jest zatrzęsienie stałych kotwicowisk (z bojami) gdzie można bezpiecznie trzymać jacht, a w niezliczonych zatoczkach wspomnianych wysp można siedzieć na kotwicy ile dusza zapragnie. Jednym słowem żeglarski raj.


Rozgrzani  po naszej bożonarodzeniowej wyprawie na Mercury Island (patrz poprzedni wpis), na początku marca udaliśmy się więc pokazać Nardine jej przyszłe kotwicowiska.

Z Whakatane do Bay of Islands jest prawie 300 mil, czyli mniej więcej tyle ile z Gdańska do Sztokholmu, albo tak jak wzdłuż całego Adriatyku od Słowenii do Grecji. Plan był taki by rozbić to na trzy lub cztery odcinki w zależności od pogody, a szczególnie wiatru. Po drodze jest też ładnie i nie ma co tak gnać na złamanie karku. Bez nocnych wacht jest jednak bardziej rozrywkowo.

Planowana trasa
Wyszliśmy z Ohiwa na wysokim przypływie tuż po południu. Wiatr był taki sobie i trzeba było sobie pomagać końmi mechanicznymi. Po kilku godzinach, pod wieczór, czujne oko wilka morskiego wypatrzyło, że z głównego, stalowego przewodu paliwowego psika cieniutka fontanna. Poszła w ruch specjalna taśma. Fontannę się tymczasowo zlikwidowało, ale plany trzeba było skorygować i miast na północ zmieniliśmy kurs na Taurangę, aby fontannę zlikwidować bardziej przekonywująco. Silniki diesla, nie lubią dziurawych przewodów paliwowych.

Do Taurangi naprawiać rurkę
O świcie dotarliśmy do Taurangi i zameldowaliśmy się w naszej dobrze znanej marinie. Sprytny mechanik pomógł z przewodem paliwowym, a my mieliśmy dzień kulturalnego i kulinarnego wypoczynku choć prawie dwa dni straty do planu.

Następnego dnia rano, przy całkiem rzeźkim, wschodnim wietrze popędziliśmy więc do celu. Około północy rzucaliśmy kotwicę w znanej z poprzedniego wpisu zachodniej zatoce na Mercury Island.


Kolejny etap skończył się na również znajomym kotwicowisku w Port Fitzroy na Great Barrier Island.


Następnie przeskok do Tutukaka by kolejnego dnia, po opłynięciu Cape Brett ze słynną Hole in the Rock (Dziurą w skale) wejść na spokojne wody Bay of Islands.


Całą drogę wiaterek był w zasadzie dobry do płynięcia, ale trochę za słaby w stosunku do dużych, oceanicznych fal nadchodzacych ze wschodu. W efekcie trochę nam trzepało żaglami, co jak wiedzą koledzy żeglarze jest raczej denerwujące.

Cape Brett - Dziura w skale 
Latarnia morska na Cape Brett
Natomiast po opłynięciu Cape Brett znaleźliśmy się w innym świecie.



Jak pisałem wcześniej - raj. Połaziliśmy po przecudnych wyspach.



Pojeździliśmy rowerami.


Połapaliśmy trochę ryb.



Aż wreszcie trzeba było wracać. Ostatni tydzień miał być spokojnym rejsem powrotnym z podobnymi etapami tak, żeby na piątek lub sobotę dopłynąć do domu, sklarować (rozpakować i wypucować) łódkę i dojść do siebie przed pójściem do pracy.  Niestety prognozy pogody coraz mocniej wskazywaly, że w środę wieczorem dotrze do nas silny niż i jeśli nie wejdziemy do naszej zatoki w Whakatane na ostatnim przypływie w środę koło południa to być może nie uda nam się tam wejść przez następnych parę dni. A tu magistrat bez nas obejść się nie może, nie mówiąc już o tym, że bujanie się w sztormie na falach przez cztery czy więcej dni do największych przyjemności nie należy. W niedzielę w południe zadarliśmy więc kiecę i pognaliśmy z powrotem. Tym razem trzeba było grzać non stop. Wiatr na szczeście dopisał. Był idealnie południowo-zachodni. Nardine pobiła wszystkie rekordy prędkości. Nie chciałem wierzyć, że ta 12 tonowa kupa betonu momentami przekraczała 9 węzłów.

Powrót

We wtorek wieczorem - po 50 godzinach od Cape Brett, już po ciemku rzucaliśmy kotwicę w Otarawairere Bay (to taka nasza maleńka, dobrze osłonięta zatoczka na przeczekiwanie złej pogody), przespaliśmy się, a następnego dnia koło południa wśliznęliśmy się do Ohiwa, do naszej domowej boi. Właśnie rozpoczynał się solidny sztorm.

A poniżej krótka reminiscencja z rejsu. Ahoj.














12 lipca 2017

Wspomnienie lata

Zima ci u nas okrutna. Właśnie przewala się przez Południową Wyspę atak antarktycznego niżu, który nie dość, że wieje, chłodzi to jeszcze biednym drogowcom i owcom sypie śniegiem w oczy. Drogowcy zamykają drogi, bo z dziesięcioma centymetrami śniegu nijak sobie tutaj nie potrafią poradzić, a farmerzy rozsypują sianko baranom prosto w ten śnieg, bo o żadnych zadaszonych owczarniach nikt tutaj nie słyszał. Całe szczęście, że młode zaczną się rodzić dopiero za dwa trzy tygodnie.

W pracy połowy załogi nie ma, bo chora. Nowozelandczycy wychowywani od lat w typowym angielskim stylu nie mają zwyczaju ubierania się w zależności od temperatury otoczenia. Dzieci w zasadzie non stop biegają na bosaka albo najwyżej w klapkach. Z reguły w szortach i podkoszulkach. Latem to może trochę zrozumiałe, ale zimą niewiele się zmienia i co roku występuje ogólnonarodowe olbrzymie dziwienie się dlaczego wszyscy są chorzy. Nasze komentarze, że może by pomogło gdyby trochę i dzieci i siebie cieplej ubierali kwitowane jest wzruszaniem ramionami. No cóż, przy 7-8 stopniach rano my pojawiamy się w biurze w naszych zimowych płaszczykach, rękawiczkach i nierzadko w czapkach, a lokalni w krótkich rękawkach. Faceci przynajmniej noszą spodnie (bo szorty do pracy już wyszły z mody), ale kobitki ciągle zasuwają w sukieneczkach i spódniczkach bez rajstop. Nie mogą się nadziwić, że nam ciągle zimno. Wy z Polski - i wam zimno?!. Tłumaczymy, że jakby w Warszawie ktoś wybiegł przy takich temperaturach w szortach i na bosaka na ulicę zostałby natychmiast zamknięty w domu wariatów albo odstawiony ciupasem do biura pomocy społecznej. Zadziwienie! No i po paru tygodniach połowy z nich już w pracy nie ma. I ciągle się dziwią jak to jest, że my od pięciu lat jeszcze nigdy nie byliśmy chorzy. Strasznie ciężko im to wytłumaczyć, więc już nie próbujemy.

No i w ten chłodny wieczór doszedłem do wniosku, że trzeba się rozgrzać. Nalałem sobie więc conieco i postanowiłem wrócić do lata, czyli do Bożego Narodzenia. Wszystko tu na odwyrtkę jak pamiętacie.

Okres świąteczny to "przymusowe"  wakacje i większość instytucji zamyka się często na kilka tygodni, choć nasz magistrat tylko na okres bożonarodzeniowo-sylwestrowy. Daje to z reguły około dziesięć dni wolnego przy dwóch trzech dniach urlopu.

Nardine już od wczesnego grudnia czekała na nas w marinie w Tauranga, gdzie została pomalowana pod brzuszkiem anty-porostowo. Tym razem do naszego zwykłego żeglarskiego dobytku dołożyliśmy dwa przecudne, elektryczne składaczki, które można upchnąć w dziobie i mieć swój własny transport w odległych portach i kotwicowiskach.


Tak więc dzień czy dwa przed Wigilią dojechaliśmy do Nardine, porzucili samochód na parkingu, zapakowali graty na statek i ruszyli w morze.


Cel pierwszy to Mayor Island.


Skromne 20 mil. Tak mniej więcej jak z Gdańska na czubek Helu i z powrotem.

Mayor Island to stary krater wulkaniczny, dzisiaj mocno porośnięty zieleniną rezerwat przyrody. W małej zatoczce Opo Bay można zejść na ląd, ale trzeba zameldować się w biurze kierownika rezerwatowego zamieszania i pokazać, że ma się czyste buty, nie wnosi się, żadnego psa, kota, szczura czy kuny, bo rezerwat jest głównie ptasi i żadne drapieżniki wstępu nie mają.

Opo Bay na pierwszym planie a krater wygasłego (na razie) wulkanu trochę dalej

A z pokładu Nardine Opo Bay wygląda jak poniżej.



Przespaliśmy pierwszą noc, a rankiem poszliśmy na przeszpiegi starego krateru. Troszkę się trzeba było wdrapać na tę krawędź krateru, ale później to już było z górki. Czasem nawet bardzo z górki i trzeba było włazić i złazić po drabinach, trzymać się łańcuchów albo po prostu wiatru. Było pięknie, ale rowery musiały na razie poczekać.

Jeziorka na dnie krateru raczej posępne

Aby wyleźć z powrotem na krawędź krateru, trzeba sobie trochę pomagać łańcuchami
A na krawędzi w skałach pełno obsydianu, czyli wulkanicznego, czarnego szkła

Troszkę utrudzeni, ale szczęśliwi dotarliśmy wieczorem na Wigilię na Nardine. Następnego dnia chcieliśmy dotrzeć na noc na Slipper Island, jednak  po drodze zaczęło mocno gwiździć od zachodu (a kotwicowisko tam od zachodniej strony więc nie byłoby miło)  pognaliśmy zatem schować się aż w okolice Whitiangi. Zrobiło się tego ze czterdzieści mil czyli tak mniej więcej jak ze Świnoujścia do Kołobrzegu.


Rzuciliśmy kotwicę na końcu Cooks Beach, nieopodal skalnej jaskini.



 200 metrów za winklem była Lonely Beach, miejsce, które Kapitan Cook wykorzystał na przewrócenie swojej łódki Endeavour na boczek i obskrobanie jej brzuszka. W tamtych czasach farb przeciwporostowych nie było. Dźwigów w marinach też nie.

Nardine koło jaskini
Lonely Beach a na końcu klif Szekspira
A za rogiem rowerki pontonem przerzucone zostały na plażę i pojechaliśmy rozkoszować się pysznym żarciem w naszej ulubionej knajpie, koło mariny w Whitianga, o wdzięcznej nazwie Salt.


Mlachu
Zwiedziliśmy Whitiangę jak nigdy wcześniej. Na rowerach jest zawsze lepiej niż samochodem, a na elektrycznych to bajka, bo można jeździć łatwo po górach, i dystansu się nie czuje. Ogólnie mówiąc uważamy, że zakup naszych elektrycznych rowerów był jednym z najlepszych jakie w życiu zrobiliśmy.

Po dwóch dniach rowerowych i kulinarnych rozkoszy dalej w drogę. Tym razem na Great Mercury Island. Jakieś marne 20 mil.


Zachodni wiatr się uspokoił. Można było rzucić kotwicę po zachodniej stronie.



W świątecznym okresie sporo wszędzie łodzi. Szliśmy spać otoczeni sporą ilością "kolegów".


A rano, po wyjściu z naszych pieleszy na pokład okazało się, że zostaliśmy na kotwicy sami! Wszystkie łodzie odpłynęły jakieś 500 metrów w morze, a ich załogi zawzięcie nurkowały.

Po chwili wyjaśniło się, że w zatoce jest wielkie pole scallopsów (czyli muszli Św Jakuba zdaje się po polsku) prościej mówiąc przegrzebków. Rarytas to spory i są tutaj limity ile można ich sobie wyłowić. Wyjaśniło się co oni tam robili, bo podpłynęła do nas łódka i młodzi ludzie zaoferowali nam trochę swojego połowu, bo przekroczyli limit. No i mieliśmy świeżutkie scallopsy na lunch. Bez moczenia się w mokrej i zimnej wodzie....


Połaziliśmy trochę po wyspie.....


....i pomalutku musieliśmy wracać do domu.

A w zatoczce naszej Whale Island, gdzie zawsze musimy się zatrzymać, czekając na właściwy moment przypływu, czekał na nas nasz znajomy pan fok....który podobno ma wiele wspólnego ze mną: głównie śpi i chrapie....


No, i już mi cieplej....