Przecież ja nie jestem z pokolenia, które bloguje. Po co ja się w to pakuję?
Pamiętnika nigdy nie pisałem, choć miałem kilka prób, jak większość. Najpierw w
okresie pierwszych uniesień miłosnych, w podstawówce. Potem podczas kolejnych
uniesień miłosnych, w liceum, a potem to już na Pacyfiku, bo było tak pięknie. Za
każdym razem kończyło się na trzech wpisach. Szanse na sukces mam zatem
niewielkie....
No więc po co? Nagła potrzeba ekshibicjonizmu? Potrzeba zaistnienia w sieci?
Przekonanie, że nasze życie jest dla kogoś interesujące? Szajba mi na starość
odbiła?
Ta szajba to chyba najbliżej prawdy, ale tak na prawdę to obiecałem sporemu
gronu przyjaciół, że będziemy relacjonować jak ta kolejna migracja się potoczy.
Dawniej pisało się listy, kartki, nagrywało kasety, wysyłało zdjęcia pod
kilkanaście adresów a teraz proszę - zajmujemy pozycję mentorską przed
komputerem i lecimy. Papier, a w zasadzie to komputer wszystko zniesie. Gorzej z
czytelnikami. Wkurzą się i napiszą co o tym myślą.
No dobra, zaryzykuję....
Po raz drugi w życiu wyjeżdżamy z Polski. I po raz drugi do Nowej Zelandii.
Za pierwszym razem była to ucieczka z kraju, bilet w jedną stronę, nieprzeparta
chęć zobaczenia świata, który znaliśmy tylko z książek. W dobie Breżniewa
wydawało się, że nigdy w życiu na podróże nie będzie nas stać, już nie mówiąc o
tym, czy te podróże z naszego kraju szczęśliwości w ogóle będą możliwe.
Solidarność właśnie testowała cierpliwość władz reżimu i wyglądało na to, że
zaraz wszystko źle się skończy. Wyjechaliśmy w czerwcu 1981, jak się później
okazało, na sześć miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego. Wydarzenia 13
grudnia 1981 roku oglądaliśmy już pracując jako młodzi inżynierowie w Auckland.
Uff.... udało się. Najgorsza była tylkota niepewność co do losu najbliższych. A później te emigranckie sny o powrocie
do Polski i niemożności wyjazdu…Wszyscy emigranci z tego okresu je znają.
Dlaczego wtedy wybraliśmy Nową Zelandię? Bo była najdalej od politycznego
piekła Wschodniej Europy, bo była politycznie niezaangażowana, bo nie miała
żadnych swoich problemów politycznych, ale przede wszystkim dlatego, że była
uosobieniem piękna i raju na Pacyfiku. Po przyjeździe okazało się, że miała
jeszcze jedną ważną zaletę: nie było tu ani Green Pointu ani Jackowa, a w związku
z tym żadnych uprzedzeń co do naszej nacji, której przedstawiciele w różnych
gettach na świecie od lat ciężko pracowali na tworzenie niepochlebnych opinii,
„Polish
jokes” i wszelkich innych
uprzedzeń.
Opuszczaliśmy Polskę po dwóch latach pracy na największym i najbardziej
prestiżowym placu budowy w Polsce. Podczas studiów uważaliśmy, że mimo systemu
politycznego, który wydawał się w ówczesnych realiach nie do ruszenia, wspólną,
uczciwą pracą można jednak jakoś ten kraj budować i ulepszać. Pierwsze miesiące
na budowie Huty Katowice szybko rozwiały te młodzieńcze mrzonki. System był tak
absurdalny, że aby w nim przetrwać najprzyzwoitsi ludzie musieli szybko stawać
się cynicznymi cwaniakami, kombinatorami, ordynarnymi i bezczelnymi manipulatorami.
Tak naprawdę zdaliśmy sobie sprawę z tego dopiero po kilku tygodniach w Nowej
Zelandii, gdy okazało się, że stosunki w pracy mogą być oparte na respekcie,
współpracy, przyjaźni i wzajemnym szacunku. Nikt nikogo nie musiał tytułować, ale też nikt nie śmiałby
na nikogo krzyczeć. Jakiekolwiek ordynarne odniesienie się do kogokolwiek
byłoby nie do przyjęcia. Nikt nie musiał kombinować by przeżyć.
W jakimże kontraście pozostawało to do budowy Huty Katowice, gdzie towarzysz
wiceminister przyjeżdżał na miesięczne narady z szefami wszystkich dziewięćdziesięciu
największych wtedy polskich firm i nieomalże od progu wrzeszczał: „wy mi się tu
k…wa weźcie wreszcie do roboty. Ja nie chcę słyszeć o waszych pier….lonych
problemach….” itd.itd. Jako młody stażysta pracowałem przez chwilę w dziale Głównego
Dyspozytora Budowy Huty Katowice. Bywałem na tych naradach. Atmosfera gnojenia
się nawzajem udzielała się wszystkim. Dziewięćdziesięciu szefów wracało do
swoich firm zapewne z podobnymi słowami.
W obliczu ciągłych braków materiałów, transportu, korupcji i złodziejstwa
przetrwanie na placu budowy było podobnym wyzwaniem. Żeby przeżyć trzeba było
kombinować - przekupić z własnej kieszeni kierowcę dźwigu, żeby łaskawie
przyjechał, wypisać dodatkowe bezety (karty pracy) robotnikom, żeby łaskawie zechcieli
coś zrobić, załatwić u znajomego magazyniera kotwy, bo nigdzie nie było.
Wszyscy musieli kombinować. Tak nawiasem mówiąc zwróciliście uwagę, że
polski zwrot kombinować nie ma odpowiednika w angielskim? Kombinowanie to taka
nasza polska specjalność. Chcielibyśmy by oznaczała ona naszą zaradność, spryt,
inteligencję. Często, jako nacja chwalimy się zdolnością do kombinowania mówiąc
zobacz jacy ci Angole, Niemcy czy inni to ciemni frajerzy. Polak to potrafi.
Zawsze coś wykombinuje. Problem w tym, że kombinowanie często oznacza również
oszukiwanie, naciąganie, wymuszanie czy wręcz czystą kradzież. Cienka jest
linia pomiędzy sprytem, i zaradnością a oszustwem i kradzieżą. Często lawirujemy
pomiędzy nimi, ale w naszej ocenie przecież tylko kombinujemy. I dlaczego inne nacje
zamiast to docenić, to nas za to nie lubią?
Ciemni frajerzy?
Po czternastu latach, w zasadzie przypadkiem, wylądowaliśmy z powrotem w
Polsce. Przyjechaliśmy jako zagraniczni eksperci przygotowywać Polskę do
wejścia do Unii. Baliśmy się, że znowu zaznamy tego piekła, które pamiętaliśmy
z Huty Katowice. Ale nie – w tym czasie, w narodzie była wola zmiany. Gdy prowadziłem
szkolenia z zarządzania projektami wydawało się, że mimo lekkiego sceptycyzmu
słuchacze rozumieli, że każdy projekt to zbiorowy wysiłek zamawiającego i
wykonawcy, że tylko poprzez współpracę można osiągnąć wspólny cel i że
przecież obu stronom zależy na realizacji projektu. Za kilka lat miałem się przekonać, że to co widziałem na budowie Huty Katowice to niestety nie była tylko wina systemu....
Niby tylko wpadliśmy do Polski na chwilę, ale pierwszy, dwuletni kontrakt
przeszedł płynnie w kolejny i jeszcze jeden, i nim się obejrzeliśmy był rok
2004. Polska stała się członkiem UE, a wtedy, jakby za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki, szybko zaczęło wracać stare. Projekty, wcześniej
realizowane według reguł Komisji Europejskiej, po angielsku, zaczęły być
realizowane po polsku. Tzn
nie tylko w
polskiej wersji językowej, ale w polskim stylu, czyli „jeśli zwiąże nas kontrakt
to jesteśmy od pierwszego dnia śmiertelnymi wrogami”. Ileż to razy słyszałem
słowa mniej lub bardziej zawoalowanych pogróżek podczas uroczystości
podpisywania kolejnych kontraktów. Proszę Państwa, nie ma mowy o współpracy,
macie to k..wa zrobić, a jak nie to szukamy winnych niepowodzeń.

Tak, to druga, po kombinowaniu słodka narodowa obsesja – znajdowanie i
przykładne karanie winnych. Wiadomo przecież, że wszyscy kombinują, więc jak coś
nie idzie nie martwmy się naprawianiem i szukaniem rozwiązań – znajdźmy
frajera, który słabiej kombinował i rzućmy go gawiedzi na pożarcie.
Zauważyliście, że jak coś w Polsce nie wychodzi
to dziennikarze, politycy, a i cały naród czeka na głowy? Kto poleci? Kto
zostanie wyciągnięty przez trzyliterowe organizacje o 6 rano w kajdankach z
domu? Kogo wsadzimy na rok, dwa, trzy? Kogoś należy ukarać, bo jak go nie ukarzesz to znaczy, że jesteś słaby i ciebie trzeba ukarać. Żeby tylko gawiedź i
polityczni oponenci mieli frajdę. Nie ma mowy o nauce na błędach. Nie ma mowy o
podejmowaniu decyzji dla dobra projektu. Najważniejsze jest ochronić się przed
dymisją czy aresztowaniem. Każdy urzędnik pracuje jak saper – może pomylić się
tylko raz. Każdy wykonawca traktowany jest od pierwszego dnia jak zbrodniarz i
złodziej. Całe ryzyko wykonania jest spychane na niego, a żeby nie miał żadnych
złudzeń to wpisuje mu się niebotyczne kary umowne w przekonaniu, że im więcej
będzie miał kul u nogi tym lepiej i taniej wykona robotę. Nie potrafię pojąć
tej logiki.
I nie chcę już dalej na ten temat pisać. Siedzę akurat w samolocie do
Auckland, obejrzałem chyba najbardziej luzacki i dowcipny filmik na temat
bezpieczeństwa na pokładzie samolotów Air New Zealand i wydaje mi się, że nie
muszę już więcej tłumaczyć, dlaczego chcę wrócić do kraju, gdzie humor, respekt,
współpraca, uprzejmość i wzajemna pomoc są dla ludzi najważniejsze.
Hmm… respekt. Ciekaw jestem, dlaczego właśnie takie hasło FIFA wybrała dla
właśnie rozpoczynającego się EURO 2012?
No a przecież jest też drugie oblicze Polski, to prywatne, rodzinne,
krajobrazowe, kulturalne. Zdeterminowani by zmienić nasze życie zawodowe ze
ściśniętym gardłem i łzami w oczach żegnaliśmy się z tą drugą, prywatną Polską,
pocieszając się tylko tym, że dzięki internetowi, nie będziemy już tak odcięci od niej,
jak to było w latach osiemdziesiątych. No i przecież
teraz będziemy mogli w Polsce bywać a nie tylko - jak wtedy - czekać na
ocenzurowane listy. Czujemy lekkiego pietra w tym samolocie, bo rozpoczynamy
przed sześćdziesiątką nowe życie, ale jesteśmy przekonani, że znów tylko od nas
zależy jak ono się potoczy, i że z pewnością realizacja tego nowego projektu
odmłodzi nas o ładnych parę lat.